Wchodząc przez bramę na teren klasztoru Mała Remeta, trudno mi było dostrzec jakiekolwiek zabudowania. Teren porastały drzewa i dopiero po kilku krokach pomiędzy nimi zamajaczyły mury. Monastyry Fruškiej Gory długo pozostawały ukryte przed niepożądanymi gości wśród lesistych wzniesień. Służyć miały kontemplacji oraz były ucieczką przed zawirowaniami sytuacji politycznej w czasach, gdy południe Serbii było okupowane przez muzułmańskich Turków (XV-XIX w.). Z ponad trzydziestu takich ośrodków do dzisiaj dotrwało osiemnaście, niektóre zupełnie opuszczone. Wspomnienie wizyty w Małej Remecie jest dla mnie metaforą całej Serbii. Wybrałam się tam latem 2007 roku i przekonałam, jak bardzo jest jeszcze nieodkryta przez wydawałoby się docierających w najodleglejsze zakątki świata turystów. W Serbii nie spotyka się ich prawie wcale.
Jugosławia, w skład której wchodziła Serbia do początku lat 90., była jeszcze do niedawna celem wielu wycieczek dla mieszkańców krajów byłego bloku socjalistycznego. Obecnie popularnymi kierunkami stają się Chorwacja i Czarnogóra. Serbia pozostaje natomiast na uboczu głównego nurtu turystycznego pokomunistycznych czasów. Do izolacji mentalnej i gospodarczej przyczyniły się w latach 90. wojna bośniacko-serbska oraz konflikt z albańską społecznością w Kosowie. To właśnie takie zapomniane kraje wybieram jako cel wakacyjnych wojaży, mając nadzieję na spotkanie z autentycznymi ludźmi, ciekawą kulturą i nieskażoną przyrodą. Ktoś, kto szuka tego w Serbii, na pewno się nie zawiedzie.
Do granic Serbii można łatwo dojechać z Polski samochodem przez Słowację i Węgry. Z granicy węgiersko-serbskiej nasz rodzinny team skierował się do miejscowości Vrdnik, w samym sercu Fruškiej Gory. Pasmo niewielkich, porośniętych drzewami wzniesień ciągnie się na długości około 80 km (najwyższy punkt – 539 m n.p.m.), a jego niewątpliwą atrakcję stanowią prawosławne monastyry. Za granicami Novego Sadu droga zagłębia się w las i wije dostarczając mocnych wrażeń kierowcom i pasażerom. Mimo że nie zobaczymy na trasie widoków zapierających dech w piersiach, to należy ona do bardzo urokliwych. Drewniane drogowskazy kierują do pobliskich klasztorów. Serbski pisany jest cyrylicą, jednak dla nieobytych z takim sposobem zapisu liter pod spodem umieszczono nazwy alfabetem łacińskim.
Vrdnik uznaliśmy za dobre miejsce wypadowe do wszystkich tych miejsc, które mijaliśmy po drodze ukryte w lesie. Miasteczko położone jest na wzgórzach i dla aklimatyzacji po podróży można tu urządzić spacery uliczkami pnącymi się wśród owocowych drzew. Wychodząc wyżej, mamy szansę dostrzec szare ruiny twierdzy Branicka kula lub mury Vrdnickiego klasztoru, zwanego Ravanicą. W XVII przeniesiono do niego relikwie księcia Lazara z monastyru na południu kraju – Ravanicy właściwej. Wraz z nimi przybyli tu uciekający przed najazdem tureckim mnisi i od tego czasu nazwa przyjęła się jako zwyczajowe określenie kompleksu we Vrdniku. Relikwie powróciły na swoje pierwotne miejsce spoczynku w XX w., a klasztor mający je w przeszłości chronić, jest obecnie łatwo dostępny z szosy.
Większość monastyrów budowano w ten sam sposób: cenną świątynię otaczały ścisłym pierścieniem zabudowania klasztoru, stanowiące jednocześnie mury obronne. Niestety współcześnie powodowało to całkiem prozaiczne problemy ze znalezieniem właściwej perspektywy do zrobienia zdjęcia. Fotografowania nie lubią także mnisi. Jeden z nich ubrany w długą czarną szatę kosił hałaśliwą kosiarką trawę w Małej Remecie. Wymowny gest ręki ostudził we mnie zapał do utrwalenia na kliszy tego obrazka. Pozostało tylko fotografowanie hodowanych przez mnichów róż, pnących się po murze świątyni i drzew owocowych w sadzie.
Fruška Gora słynie z doskonałych win produkowanych z winogron z południowych zboczy. Przy drogach handlarze oferują różnorodne nalewki powystawiane na drewnianych rusztowaniach. Z wyrobu rakii znane są klasztory. Zazwyczaj przy wejściu stoi kilka butelek tego trunku oraz słoików wypełnionych złocistym miodem. W klasztorze Novo Hopowo miały skusić wchodzących do zakupów. Znajdowała się tam jedna z najładniej odnowionych świątyń rejonu fruškogorskiego. Co prawda krużganki straszyły gdzieniegdzie odrapaną farbą, ale za to można się było nimi przespacerować i poczuć atmosferę życia zakonnego.
XVIII-wieczny Jazak znajduje się tylko kilka kilometrów od Vrdnika. Aby dostać się do środka, trzeba poczekać, aż któraś z zakonnic otworzy furtę. Mniszka pozwoliła także na wejście do cerkwi. Próbowała jednak przy tym nauczyć nas właściwego szacunku dla odwiedzanego świętego miejsca, nie wpuszczając kolegi w krótkich spodenkach. W prawosławnych miejscach kultu czasem nawet kobiety proszone są o włożenie nakrycia głowy i przewiązanie się długą do kostek chustą. Trzeba być na to przygotowanym.
Interesującą odmianą po wycieczce do miejsc odosobnienia może być kąpiel w basenie termalnym we Vrdniku. Woda o temperaturze 38 st. ma ponoć właściwości lecznice. Warto także pojechać do Novego Sadu, jednego z większych miast Serbii, znajdującego się na obrzeżach Fruškiej Gory. W czasie gdy my je odwiedziliśmy, miasto opanowały kolorowe krowy – eksponaty z międzynarodowej wystawy objeżdżającej Europę. Stałymi mieszkańcami głównego placu są natomiast gołębie, za którymi uwielbiają gonić dzieci. Po niezliczonej ilości schodów dostaliśmy się na teren twierdzy Petrovaradin, oddzielonej od miasta wstęgą Dunaju. Z góry widok na czerwone dachy domów przypominał Pragę, jednak dachówki tych z Novego Sadu wymagały uzupełnienia. Czy to ze starości zostały przetrzebione, czy może spowodowały to odłamki bomb wojsk NATO, które zniszczyły w 1999 r. pobliski most? Ta druga wersja jest bardzo prawdopodobna. O nalotach przypomina tablica.
Skutki wojny widać także gdzieniegdzie w Belgradzie, choć dzisiaj miasto tętni życiem. W każdym razie korkuje się jak każda stolica. Pełno tu ludzi, samochodów, hałasu i spalin. Wytchnieniem był dla nas spacer po Kamelegdanie – belgradzkiej twierdzy z widokiem na Dunaj. W Serbii większość budowli obronnych pozamieniano współcześnie na parki. Wśród drzew w zacisznych alejkach urządza się wystawy, staruszkowie grają w szachy, a przyjezdni odpoczywają na ławkach wsłuchani w szum fontann. Ścieżki wyprowadziły nas w obręb właściwego zamku. Można tu zwiedzić muzeum przyrodnicze oraz wystawę wojskową. Działa z różnych epok stoją pomiędzy umocnieniami dolnej i górnej twierdzy. Dla dzieci atrakcją jest znajdujące się w pobliżu zoo i park zabaw. Nas zadziwiło idealne wkomponowanie w mury kortów tenisowych i boisk do koszykówki. Sportowcy na naszych oczach rozgrywali kolejne mecze. Odpoczywając w najdalej wysuniętej w kierunku Dunaju części fortecy, podziwialiśmy majestat głównej rzeki Serbii i wpadającej do niej Sawy.
Wieczorem ożywa bulwar naddunajski w dzielnicy Zemum. Jak grzyby po deszczu wyrastają budki z jedzeniem. Deptak zapełnia się dziećmi, które kuszone są atrakcjami w postaci karuzel, samochodów z napędem czy ciuchci przemierzającej trasę do centrum. Starsi spieszą do restauracji na wodzie lub kasyna. Wszędzie pełno rolkarzy, rowerzystów i biegaczy.
Bardziej uodpornionych na gwar dużego miasta skuszą zapewne liczne zabytki stolicy Serbii. My jednak woleliśmy wyruszyć z kempingu pod Belgradem w kierunku najbardziej imponującej na naszej trasie średniowiecznej twierdzy – Golubaca. Na strome wzgórze prowadziła ledwo widoczna ścieżka, ale nie odważyliśmy się ruszyć jej śladem. Mury dumnie wznoszące się nad Dunajem podziwialiśmy z dołu. Nad drogą wybudowane zostały trzy bramy, przez które do dzisiaj przejeżdżają samochody. Łączą one zamek górny z dolnym, zanurzonym w rzece. Ta niższa część jest łatwiej dostępna. Próbowałam wyobrazić sobie wydarzenia sprzed kilkuset lat, gdy bronili się tu Turcy. W oblężeniu zginął słynny polski rycerz – Zawisza Czarny. Niestety, ufundowaną przez Polaków tablicę upamiętniającą to wydarzenie z 1428 r. skradziono.
Przeniesienie się myślami w dawne czasy jest w Serbii bardzo łatwe, gdyż zabytkowe obiekty w ogóle nie są oblegane przez turystów. Nikt ich nie pilnuje, nie ma kas biletowych, a my zazwyczaj byliśmy jedynymi gośćmi. Podobną atmosferę ma turecka twierdza w Ram, niedaleko Golubaca. Wspięliśmy się na wzgórze do zupełnie niezabezpieczonych ruin. Przez ogromną wyrwę widzieliśmy skarpę opadającą do wyjątkowo szerokiego w tym miejscu Dunaju. W Ram odbywa się przeprawa promowa na drugi brzeg. Senne zazwyczaj miasteczko wtedy ożywa, a kierowcy samochodów niecierpliwią się, stojąc w kolejce. Gdy spacerowaliśmy w pełnym słońcu po terenie fortecy, panowała jednak niczym niezmącona cisza.
W latach 70. uruchomiono na Dunaju zaporę, aby umożliwić żeglugę większym statkom oraz pozyskać tanią energię elektryczną. Podobnie jednak jak w Czorsztynie część terenów musiała zostać zalana. Udało się ocalić niektóre zabytkowe obiekty. Tradycyjne bałkańskie wiejskie chaty z XIX w. stanęły przy muzeum w Lepieńskim Virze. Sam muzealny budynek kryje znaleziska znacznie cenniejsze niż wspomniane domy. Przy pracach budowlanych odkryto prehistoryczną wioskę datowaną na 5-6 tys. lat p.n. Przeniesione powyżej poziomu zalania pozostałości nie porażają jednak przeciętnego odwiedzającego. Kilka kamieni ułożonych na ubitej ziemi w niczym nie przypomina chat w Biskupinie. Natomiast hipnotyzują oczy jajogłowych rzeźb uważanych za wizerunki bożków. Kopie kamiennych twarzy, jak również zdjęcia z wykopalisk, są wystawione w galerii przy muzeum.
Park Narodowy Derdap, ciągnący się od Golubaca do zapory niedaleko Kladova, chroni przełom Dunaju. Przebiega przez niego jedna z piękniejszych tras, które udało mi się przejechać samochodem. Po jednej stronie drogi górowały skały, po drugiej do Dunaju opadała stroma skarpa. Drugi równie porażający widokowo brzeg należał już do Rumunii. Co rusz pokonywaliśmy wykute w skale tunele. Starożytny szlak wytyczono w tym mniej więcej samym miejscu już za czasów cesarza rzymskiego Trajana. Upamiętnia to autentyczna rzymska tablica, zawieszona tuż nad wodą, niestety niewidoczna z drogi. Z rumuńskiego brzegu natomiast spoglądała na nas twarz Decebala, władcy Daków. Kamienny portret wykuty za pomocą dynamitu w skale tym razem był całkiem współczesną formą upamiętnienia przywódcy państwa, które długi czas skutecznie opierało się zakusom Rzymian.
Widać więc, że historia ziem serbskich jest nie tylko związana z wojnami z Turcją, a twierdze i monastyry z tamtych czasów to nie jedyne zabytki. Nas zafascynowały starożytne pamiątki. Przez drewnianą bramę wjechaliśmy do Viminacium, rzymskiej osady z II w n.e. Na terenie wykopalisk można było podziwiać mauzoelum z widocznymi szkieletami dawnych mieszkańców, termy z pozostałościami mozaik oraz obóz pretoriański. O poziomie rozwoju cywilizacyjnego świadczy fakt, że działała tu kanalizacja i centralne ogrzewanie, a myto się pod bieżącą wodą.
W dalszej wędrówce na południe Serbii oddalamy się od Dunaju, ale nadal pozostajemy świadomi starożytnych korzeni tego państwa. W Nišu (staroż. Naissus) urodził się cesarz Konstantyn Wielki i w tym mieście wybudował letnią siedzibę, której pozostałości można podziwiać do dziś tuż przy wjeździe od strony Niškiej Banji. W twierdzy tureckiej w centrum Nišu znajduje się lapidarium pod gołym niebem – zgromadzono tu rzymskie rzeźby i płyty nagrobne. Zanim bowiem Turcy wybudowali warownię, przed nimi Rzymianie umiejscowili nad brzegiem rzeki swoje fortyfikacje. W parku zamkowym obok tureckiej łaźni zobaczymy dzisiaj także ruiny łaźni rzymskiej.
Niš słynie z jeszcze jednej budowli – Wieży czaszek. Niestety, nie udało nam się obejrzeć jej wewnątrz, jednak – jeśli wierzyć opisom – jest to wstrząsające swą wymową pomieszczenie z wmurowanymi w ściany czaszkami serbskich powstańców. Wysadzili się oni w powietrze w magazynie z bronią w trakcie walk z Turkami w 1809 r., powodując śmierć także wielu żołnierzy nieprzyjaciela. Pasza turecki wybudował budowlę ku przestrodze innych rebeliantów. Dziś jest to miejsce święte dla Serbów, symbol ich tożsamości narodowej.
Piękne przełomy ma nie tylko Dunaj, także inne rzeki w Serbii. Łatwo osiągalna z Niškiej Banji jest Sićevačka klisura (kier. Dmitrograd). Z wioski Sićevo, położonej na wzniesieniu w dolinie Nišavy, rozciąga się imponujący widok na skalne ściany oraz wstęgę rzeki z zaporą w dole. Wzdłuż ciągnie się linia kolejowa i droga do granicy z Bułgarią. Jelašnicka klisura przypomina natomiast dolinki Jury Krakowsko-Częstochowskiej. Skalne ściany tutaj także zostały opanowane przez wspinaczy. Można stamtąd urządzić wycieczkę na okoliczne wzgórza lub odpocząć na placu z ławkami i stołem w pobliżu wejścia do groty skalnej.
Zwiedzanie Serbii rozpoczęliśmy od klasztorów na północy, a zakończyliśmy docierając do obronnych monastyrów południowo-wschodniej Serbii. Ravanica i Manasija to jedne ze słynniejszych. Ten pierwszy (z XIV w.) urzeka pięknem cerkwi pokrytej delikatnymi zdobieniami rozet oraz ornamentami geometryczno-roślinnymi. Mury najeżone basztami znacznie lepiej zachowały się jednak w drugim z klasztorów (XV w.). Żegnaliśmy się w nim na dobre z serbskimi zabytkami. Bardziej jednak od podziwiania potężnych ruin wciągnęła nas uroczystość rodzinna, której towarzyszyła muzyka bałkańska. Odświętnie ubrani goście rozpoczęli wspólny taniec w rytm melodii wygrywanej przez najprawdziwszą orkiestrę! Koniec tej fety był też końcem naszej eskapady. Teraz czekała nas już tylko droga do domu.
Kamila Gruszka
Artykuł ukazał się w cotygodniowym dodatku "Podróże" gazety "Dziennik Polska"

Jest dziennikarką, podróżniczką i pilotką wycieczek. Publikuje w prasie podróżniczej, o tematyce górskiej i rowerowej oraz serwisach internetowych. Prowadzi blog www.barswiat.pl, gdzie promuje aktywną turystykę rodzinną. Współpracuje z firmami z branży outdoor. Organizuje pokazy podróżnicze.
Odwiedziła już prawie wszystkie kraje w Europie, podróżowała po Azji, była w Ameryce Północnej i Afryce, ale niezmiennie fascynuje ją szeroko pojęty „Wschód”. Jako pilotka specjalizuje się w wyjazdach do Gruzji, Armenii i Iranu.

"Bar Świat" to strona dla osób zainteresowanych wyjazdami różnorakimi, ale najczęściej związanymi z byciem blisko natury i aktywnym spędzaniem czasu. Lubimy rower, góry i nocowanie pod namiotem, ale nie tylko. Mamy nadzieję, że znajdą tu wiele inspiracji wszyscy, którzy czują, że świat jest ich domem, albo choć "barem", gdy dom zamykamy na klucz i ruszamy przed siebie.
Alpe Adria to według wielu najpiękniejszy szlak rowerowy w Europie. Nominalnie 411 km jazdy przez Alpy nad Adriatyk.
Dwudniowa wycieczka do Berlina jako odskocznia od obżarstwa świątecznego u rodziny? Bardzo dobry pomysł! Tylko 4 godziny drogi autostradą i meldujemy się w stolicy Niemiec.
Muranska Planina to nasze najnowsze odkrycie na Słowacji. Góry tutaj przypominają nieco polską Jurę z wapiennymi skałkami, tylko skala jest zdecydowanie większa!
Zamiast pędzić do przodu, ledwie rzucając okiem na kolejne atrakcje na trasie, można zatrzymać się na dłużej i wycisnąć, ile się da z miejsca, w którym się jest, przemierzając okolicę pieszo. Polecam takie rozwiązanie!
Blisko przyrody możemy poczuć się na wyspie Viðey, położonej zaledwie ok. 1 km na północ od Reykjaviku. Z przystani Skarfabakka płynie się tam promem dosłownie kilka minut
