Spod Kazbeka do Doliny Sno

– Paszporty proszę! – trochę zaskoczeni, z początku nie zareagowaliśmy na to żądanie. Po trzech autostopach i kilkukilometrowym marszu z ciężkimi plecakami dotarliśmy wreszcie w pobliże wioski Dżuty przy końcu doliny Sno. Po bezskutecznych próbach wejścia na Kazbek, jeden z najwyższych szczytów Gruzji (5047 m n.p.m.), potrzebowaliśmy odpoczynku w jakimś rajskim miejscu. Dolina Sno spełniała nasze oczekiwania. – Macie paszporty? – usłyszeliśmy ponownie. Nie spodziewaliśmy się żadnych przeszkód w realizacji naszych planów, choć nie wiedzieliśmy jeszcze, kim są dwaj osobnicy stojący przed nami. Starszy ubrany był w trykotową koszulkę koloru khaki, spodnie dresowe i białe adidasy, młodszy – milczący i sprawiający wrażenie nieśmiałego – miał na sobie coś, co można było nazwać mundurem. Pogranicznicy czy miejscowa mafia? Spotkanie z jednymi i drugimi zazwyczaj wróży kłopoty. Ale nie w Gruzji...

Wtedy jeszcze o tym nie wiedzieliśmy. Nie na żarty przestraszeni, cieszyliśmy się, że nie kazano nam na razie paszportów oddawać. Zapowiedziana jednak późniejsza kontrola dokumentów nie nastrajała nas optymistycznie. Poza tym robiło się późno, a słońce już dawno schowało się za szczyty, za którymi przebiegała granica z Czeczenią. Zbliżała się noc. Pogranicznicy oddalili się w niewiadomym kierunku zaopatrzeni w lornetki i krótkofalówkę. Ignorując ich zakaz ruszania się, postanowiliśmy jednak poszukać miejsca na rozbicie namiotu.

Pod Kazbekiem istniały dwie opcje noclegów. Większość wybierała możliwość przespania się w budynku byłej stacji meteorologicznej, z której zostały właściwie tylko mury i dach oraz możliwość ogrzania się przy „kozie” w kuchni. Gruzini spali za darmo, obcokrajowcy płacili tyle, na ile się dogadali. My postanowiliśmy przetestować namiot.

Budynek "meteostancji" pod Kazbekiem.
Fot. arch. Kamila i Darek Gruszka

 


Leżąc w nim w dolinie Sno z widokiem na zieleń dookoła i piękne góry, wspominaliśmy te chwile, gdy wystawiając głowę z naszego tymczasowego domu pod Kazbekiem, widzieliśmy jedynie ośnieżoną ścianę Orcweri, lodowiec prowadzący pod Kazbek i szaro-brunatne kamienie, wśród których trzeba było wyszukiwać ścieżkę w górę.

Pierwszy raz zobaczyliśmy cel naszej wyprawy w 1998 roku ze szczytu Elbrusa. – Eta Kazbek – powiedział nam wtedy Siergiej z Moskwy. Góra robiła wrażenie, była znacznie piękniejsza od dwuwierzchołkowego Elbrusa i... trudniejsza. Ale nie trudności techniczne spowodowały, że dotarliśmy tylko do wysokości 4700 m n.p.m., a wszystkie cztery wyjścia z zamiarem atakowania szczytu kończyły się odwrotem. Przeszkodziła nam pogoda...

Niemalże codzienne pobudki o drugiej w nocy kończyły się jednakową diagnozą: wiatr, mgła, lub śnieg. W dzień widzieliśmy w całej okazałości górujący nad nami Kazbek. Spod szczytu uwalniały się niepokojące pióropusze śniegu – znak, że wiał tam bardzo silny wiatr. Drobnym, kłującym śniegiem góra odganiała nas, gdy próbowaliśmy za bardzo się do niej zbliżyć. Zwykłe zapieranie się w śniegu czekanem czy kijkami nie starczało, trzeba było nieraz uklęknąć, by batiuszka Kazbek siłą wiatru nie zrzucił nas do pobliskiej szczeliny. Innym razem zsyłał mgłę. W czasie jednego z takich ataków szczytowych 10-osobowa grupa Gruzinów razem z instruktorem zamiast wrócić do schroniska, omyłkowo zeszła na drugą stronę przełęczy...

– A pamiętasz noce pod Kazbekiem? – pytałam Darka. To było zaledwie dwa dni temu, ale przemieszczenie się do Sno spowodowało, że poczuliśmy, jakby działo się to w innej epoce. Tu była cisza i spokój, a tam... Od pierwszej do piątej w nocy nie spaliśmy, tylko czuwaliśmy. Namiotem szarpało na wszystkie strony. Ochronne murki z kamieni nie na wiele się zdawały, zresztą codziennie rano trzeba było je poprawiać, bo wiatr zrzucał nawet całkiem spore okazy. Najgorsze jednak były chwile ciszy, wiedzieliśmy bowiem, co po nich nastąpi. Gdzieś pod Kazbekiem tworzył się wir powietrza, który z coraz głośniejszym świstem zbliżał się do nas. Podświadomie wtedy zaciskaliśmy zęby, napinaliśmy mięśnie brzucha i... czekaliśmy na kolejne uderzenie. Za każdym razem udawało się – tropik namiotu wytrzymywał.

Rajska Dolina Sno. Fot. arch. Kamila i Darek Gruszka

 


W Sno towarzyszył nam lekki wiaterek. Powoli zasypialiśmy... – Hej, kak wy? – zbudziły nas krzyki, przyprawiające o podobne palpitacje serca, jak przy podmuchach wiatru pod Kazbekiem. A więc jednak czeka nas kontrola paszportowa i do tego reprymenda za samowolne poruszanie się i łamanie zakazów. Przyszli ci sami dwaj. Nie wyglądali jednak na zagniewanych, bardziej chyba ucieszyli się, że nas odnaleźli. Spodziewając się pytania o paszporty, przygotowujemy dokumenty, ale oni wcale nie chcą ich obejrzeć. Rozglądają się jedynie za jakimś naczyniem. Dopiero teraz dostrzegamy, że nie zjawili się z pustymi rękami – w plastikowej butelce domyślamy się czegoś mocniejszego. Na zaimprowizowanym karimatowym stole ląduje gruziński chleb – podłużny cienki placek, biały ser – drugi podstawowy gruziński produkt zaraz po chlebie i tuszonka w puszkach – danie mniej typowe dla gruzińskiego stołu, a raczej bardziej charakterystyczne dla wojskowego. Rozpoczęła się gruzińska uczta.

Dopiero po jakimś czasie nauczyliśmy się nie odmawiać, gdy Gruzini zapraszali nas na posiłek. Nie mieli wiele, ale dzielili się wszystkim co posiadali. Stół gruziński nie mógł być pusty. Gdy jechaliśmy autostopem, kierowca zatrzymywał się przy drodze i wykładał z samochodu wino, chleb, ser, jabłka i orzechy. Przypadkowi współpasażerowie busów zapraszali nas na kolację do restauracji. Obrażali się, gdy chcieliśmy za nią zapłacić. Ktoś kupił nam arbuza, ktoś inny poczęstował brzoskwinią. Pod Kazbekiem jeszcze nie wiedzieliśmy, że jest to normalne i oferowanie nam talerza zupy gotowanej dla całej gruzińskiej grupy górołazów czy zapewnienie, że skorzystanie z maszynki gazowej nie stanowi problemu, nie jest zwykłą kurtuazją. Być może gdybyśmy byli wychowani w trochę mniej zachodni sposób, sprawy potoczyłyby się inaczej. Bo oprócz pogody, wykończył nas brak paliwa do maszynki...

Do Tbilisi przylecieliśmy samolotem z Moskwy. Nie raz przewoziłam w plecaku jednorazowe pojemniki z gazem – co jest oczywiście procederem oficjalnie zakazanym – nigdy jednak po 11 września i nigdy startując z Moskwy. Baliśmy się przetrzepywania plecaków i woleliśmy dmuchać na zimne. Zamiast maszynek gazowych zaopatrzyliśmy się w prymitywny, ale sprawdzony sprzęt na... spirytus. Doskonale znaliśmy realia podróżowania po rejonach wschodnich i wiedzieliśmy, że czego jak czego, ale tego specyfiku nie może tam zabraknąć. Chyba że siedzi się pod górą, w tym samym miejscu, znacznie dłużej niż się przewidywało i zbyt łatwowiernie uwierzyło się pani z jedynego sklepu sportowego (a raczej myśliwskiego) w Tbilisi na ulicy Rustawelego, że tzw. suchoj spirit w tabletkach działa tak samo jak spirytus płynny. Nalewając do maszynki tego ostatniego gotowaliśmy wodę na herbatę w 10 minut, podczas gdy na suchym spirytusie – godzinę. Spirytus płynny skończył się nam po tygodniu...

Szczyt Kazbeka widziany z przełęczy pod wierzchołkiem.
Fot. arch. Kamila i Darek Gruszka



Nie narzekaliśmy na nudę, czekając na sposobną chwilę na atak szczytowy. Budziliśmy się rano i gotowaliśmy przez godzinę wodę na „chinkę”. Po zjedzeniu śniadania musieliśmy zatroszczyć się o wodę na herbatę do termosu na cały dzień. Po tym zaczynaliśmy już być głodni, więc rozpoczynaliśmy szykowanie obiadu. Ryż dochodził do siebie przez trzy godziny. Żeby nie tracić czasu w nocy przed ewentualnym wyjściem na Kazbek, gotowaliśmy też dwie torebki na następny dzień. Potem był już tylko czas na kolację.

Po zejściu do wioski Kazbegi u podnóży gór wiedzieliśmy, że bez problemu spirytus powinniśmy dostać. Tylko jak znaleźć miejsce, gdzie go sprzedają? Pytanie o ten specyfik w sklepach, aptece i na bazarze nie przyniosło rezultatów. Hotel, w którym spaliśmy tej nocy pragnąc odpocząć po trudach górskich, mieścił się w pobliżu centralnego skrzyżowania w miasteczku. Od wieczora obserwowaliśmy stojących tam – jak nam się zdawało – miejscowych pijaczków. Właściwie nic nie pili, nie wyglądali też na jakiś oberwańców, ale zaryzykowaliśmy pytanie: – Panowie, wiecie, gdzie można kupić tutaj spirytus? Chwila milczenia, po czym zapytani pogadali między sobą. – Ile potrzebujecie? – wreszcie zwrócili się do nas. Jeden z nich udał się ostatecznie w sobie tylko wiadomym kierunku z naszą półtoralitrową plastikową butelką. Za chwilę zatrzymał się przy nas samochód z przyciemnionymi szybami. Jedna z nich uchyliła się i ktoś z wnętrza auta podał nam to, o co prosiliśmy, wypowiadając jednocześnie śmiertelnie poważnym głosem słowa: – Eta cistyj spirit. Diewanosto wosem gradusow! (To czysty spirytus. Dziewięćdziesiąt osiem procent!). Samochód odjechał. – To prezent – wyjaśnili nam, totalnie zaskoczonym, pozostali na skrzyżowaniu Gruzini. Od mafii?!

Ale zanim mogliśmy bez przeszkód gotować w dolinie Sno kisiele, owsianki z paczki i zupki chińskie, szykowaliśmy się pod Kazbekiem na ostateczny atak szczytowy. Spirytusu zostało nam wtedy na zagotowanie herbaty i sosu do ryżu. Tego dnia wychodzili wszyscy, zapowiadała się piękna pogoda. W kuchni schroniska także inne grupy jadły śniadanie. – Chcecie herbaty? – zaproponował ktoś siedzący obok. – Zaraz będziemy mieć swoją – podziękowaliśmy uprzejmie. – To może chleba. Jest margaryna do niego – w plecaku zawsze nam brakło miejsca na ten zbytek luksusu, a ponieważ woda na sos nawet nie zaczęła puszczać pojedynczych bąbelków, więc poczęstunek ostatecznie przyjęliśmy. – A może czekolady? – odezwał się ktoś inny. – Przed wyjściem w góry warto zjeść mleko skondensowane z puszki, jest bardzo sycące – zanim ryż z sosem był gotowy, poczuliśmy się najedzeni.

Wychodziliśmy ze schroniska razem z innymi. Gwiazdy na niebie powoli jednak znikały. Wiatru nie było, ale w jego miejsce pojawiła się mgła. Wyżej zaczął sypać śnieg. Razem z resztą postanowiliśmy więc zawrócić.
Sytuacja z gotowaniem jedzenia na spirytusie w tabletkach wydawała się beznadziejna, mgła się utrzymywała, a następnego dnia spadł jeszcze śnieg. Nie mieliśmy już siły na nic więcej. Gdybyśmy zaczekali choć jeden dzień dłużej...

Kamienne twierdze to cecha charakterystyczna wiosek w tamtych rejonach.
Fot. arch. Kamila i Darek Gruszka

 


Rano, po nocy spędzonej w pobliżu wioski Dżuty, powitaliśmy pograniczników ponownie. Tym razem przynieśli ze sobą dwie butelki specyfiku, którym raczyli nas dzień wcześniej. – Eto czacza – wyjaśnili. Bimber pędzony na skórkach od winogron – dowiedzieliśmy się później. Gruzja słynie przede wszystkim z win. Krainą winorośli jest Kachetia, ale różne odmiany można spotkać również w innych rejonach. Litery alfabetu gruzińskiego powstały ponoć w oparciu o kształty charakterystycznych wąsów krzewów winnych. Winem wznosi się najpiękniejsze toasty, wypijając do dna porcje nalewane do oszlifowanych krowich rogów. Poważaniem cieszy się też wódka, czyli czacza, natomiast piwem pije się za wrogów. – Wznieśmy toast za to, że się tu spotkaliśmy, za Polszu i Gruzju, za naszych druziej, za dietej, które dopiero mają przyjść na świat i za zmarłych, którzy już dawno odeszli – pogranicznicy rozpoczęli rytuał picia. Zanim naczynie dotknęło ust, tamada czyli gospodarz albo najważniejszy rangą w towarzystwie, wygłaszał toast. Zwykłe „na zdrowie!” nie wystarczało. Po jakimś czasie przestaliśmy się dziwić, że niektóre toasty trwały po dziesięć minut. Wykończyło nas jednak nie to, ale picie do dna... Tego dnia nigdzie nie ruszyliśmy się z namiotu, a pogranicznicy dopiero późnym wieczorem odważyli się sprawdzić, czy z nami wszystko w porządku.

Dla Gruzinów każda okazja jest dobra, by wypić kieliszek. Przed wyjściem na Kazbek wznosiliśmy toasty za pomyślne zdobycie szczytu. W trakcie zejścia gruziński przewodnik – typowy kaukaski góral z Kazbegi – ze słowami „wot mołodcy” pił za bezpieczny powrót. – Nie ma co się martwić – przekonywał nas. – Nikt sobie nogi nie złamał, nikt do szczeliny nie wpadł, góra stoi, spróbujemy jeszcze raz.

Po zejściu do wioski Kazbegi wiedzieliśmy, że do zdobycia szczytu zabrakło nam jednego dnia. Z dołu – oświetlony przez zachodzące słońce – było widać Kazbek z górującym ponad wioską kościółkiem Cminda Sameba na jego tle. Następnego dnia na szczyt weszli niemal wszyscy, którzy – w przeciwieństwie do nas – w schronisku zostali. Ostatni toast, jaki wypiliśmy z pogranicznikami w dolinie Sno, był za powrót do Gruzji i zdobycie góry.

Na szczycie stanęliśmy ostatecznie w następnym, 2004 roku, 23 sierpnia.

Kamila Gruszka


Artykuł ukazał się w "Sportowym Stylu", nr 4 (100) / 2006, jesień 2006 r.




 
Autor: Kamila Gruszka

Jest dziennikarką, podróżniczką i pilotką wycieczek. Publikuje w prasie podróżniczej, o tematyce górskiej i rowerowej oraz serwisach internetowych. Prowadzi blog www.barswiat.pl, gdzie promuje aktywną turystykę rodzinną. Współpracuje z firmami z branży outdoor. Organizuje pokazy podróżnicze.
Odwiedziła już prawie wszystkie kraje w Europie, podróżowała po Azji, była w Ameryce Północnej i Afryce, ale niezmiennie fascynuje ją szeroko pojęty „Wschód”. Jako pilotka specjalizuje się w wyjazdach do Gruzji, Armenii i Iranu.


 O nas

"Bar Świat" to strona dla osób zainteresowanych wyjazdami różnorakimi, ale najczęściej związanymi z byciem blisko natury i aktywnym spędzaniem czasu. Lubimy rower, góry i nocowanie pod namiotem, ale nie tylko. Mamy nadzieję, że znajdą tu wiele inspiracji wszyscy, którzy czują, że świat jest ich domem, albo choć "barem", gdy dom zamykamy na klucz i ruszamy przed siebie.

 
Ostatnio dodane

Alpe Adria to według wielu najpiękniejszy szlak rowerowy w Europie. Nominalnie 411 km jazdy przez Alpy nad Adriatyk.

Dwudniowa wycieczka do Berlina jako odskocznia od obżarstwa świątecznego u rodziny? Bardzo dobry pomysł! Tylko 4 godziny drogi autostradą i meldujemy się w stolicy Niemiec.

Muranska Planina to nasze najnowsze odkrycie na Słowacji. Góry tutaj przypominają nieco polską Jurę z wapiennymi skałkami, tylko skala jest zdecydowanie większa!

Zamiast pędzić do przodu, ledwie rzucając okiem na kolejne atrakcje na trasie, można zatrzymać się na dłużej i wycisnąć, ile się da z miejsca, w którym się jest, przemierzając okolicę pieszo. Polecam takie rozwiązanie!

Blisko przyrody możemy poczuć się na wyspie Viðey, położonej zaledwie ok. 1 km na północ od Reykjaviku. Z przystani Skarfabakka płynie się tam promem dosłownie kilka minut

...
...
...
...