Zanim powstanie pełna wersja dziennika z podróży po Sapmi na północy Szwecji, odbytej przez nas w sierpniu 2015 roku, publikujemy choć częściowe zapiski z poszczególnych jej etapów. Dzisiaj wspomnienia z Parku Narodowego Skuleskogen.
Do Skuleskogen trafiamy po drodze na północ, która jest naszym głównym celem. Był w zasięgu jednodniowego przejazdu samochodem z Nynashamn, do którego dobijamy rano promem, oraz kusił przepięknymi krajobrazami. Zatem po pierwszym dzikim noclegu na skoszonym polu przy wejściu na szlak nad wodospady Dalsjöfallet, zanim przemieścimy się dalej do Sapmi, bardziej znanej jako Laponia, ruszamy na 15-kilometrową pieszą wycieczkę. Mamy wrażenie, że jest to jeden z piękniejszych, a na pewno najbardziej różnorodny szlak, jaki przeszliśmy kiedykolwiek w Skandynawii. Nawet gdyby dalszy ciąg naszego 3-tygodniowego wyjazdu do Szwecji miałby z jakiegoś powodu nie nastąpić, myślę, że i tak czulibyśmy się usatysfakcjonowani tym jednym dniem w Skuleskogen.
Zaczynająca się przy parkingu ścieżka wprowadza nas w las, gdzie mamy dwie opcje do wyboru: szlak żółty lub niebieski. Pierwszym podążą duża szkolna wycieczka, a drugi schodzi nad Zatokę Botnicką. To był nasz – zdecydowanie lepszy niż pierwszy wariant – wybór. Przy wodzie zlokalizowane były plaże z miejscami noclegowymi. Nasze dzieci od razu siadły na piasku i zaczęły zabawę różnymi dostępnymi im w tym momencie elementami przyrody nieożywionej: patykami, kamieniami, liśćmi. Było leniwie i malowniczo.
Moglibyśmy siedzieć w tym miejscu wieczność i podziwiać zieleń lasów, błękit wody, biel chmur oraz jasność piasku na plaży, tyle że... przeszliśmy zaledwie 1 km, a większość trasy była przed nami. Wędrujemy więc dalej, mijając kolejne miejsce noclegowe zasiedlone przez rodzinkę z dziećmi - Näskebodarna, przy którym pożegnaliśmy się z wodą i weszliśmy głębiej w las. Zrobiło się cicho i bardziej tajemniczo. Dodatkowo nieświadomie odbiliśmy nieco ze szlaku w kierunku wzgórza z kamiennymi kurhanami – grobowcami z epoki brązu. To był najładniejszy odcinek lasu. Nie znaczy to, że w dalszej części nie było pięknie – było inaczej, bo teren naokoło zmieniał się jak w kalejdoskopie.
Wzdłuż skalnego muru i po grobli dotarliśmy na wyspę Tämättholmarna. To kolejne miejsce na rozbicie namiotów, nieco jednak mroczne, jak na nasz gust. Ciekawiej, choć początkowo dość przerażająco, było na trasie będącej w naszym mniemaniu skrótem. Nagle okazało się, że przed nami wyrósł wąwóz skalny, którego dno, pokryte kamieniami wznosiło się dość ostro w górę. Już zaczęliśmy żałować naszej decyzji ułatwienia sobie powrotu, gdy okazało się, że skakanie z kamienia na kamień to całkiem fajna zabawa, dzięki której w ogóle nie czuje się, że teren się wznosi.
Na górze czekała na nas nagroda – wspaniałe widoki, dla których przyjeżdżamy do Skandynawii. Wyszliśmy na wygładzone płyty skalne, z widoczną w dole Zatoką Botnicką i wyspami – kępami zieleni na błękicie wody.
Ten fragment to jedno z niewielu miejsc, gdzie Szwecja ma namiastkę fiordów – ląd potrafi się tu wznosić 300 metrów nad poziom morza. Kiedyś było inaczej - zanim teren zaczął się podnosić, gładkie kamieniste tarcze, po których obecnie stąpaliśmy, były oblewane przez wodę. Czujemy, że wędrujemy w górę, ale niedaleko – do jeziorka Tärnättvattnen. Kolejny typ krajobrazu, który wzbudza zachwyt. I pomyśleć, że można tu przyjechać, wynająć miejsce w domku i zwyczajnie posiedzieć w środku lasu. My wędrujemy dalej, bo nie jest to nasz główny cel wyjazdu do Szwecji. Szlak w Skuleskogen zaliczamy przecież tylko przy okazji, mimochodem.
Niedaleko jeziora powracamy na żółty szlak, porzucony na samym początku naszej wycieczki. Z niecierpliwością zaczynamy wypatrywać szczeliny Slåttdalsskrevan, którą znamy ze zdjęć, a która zdaje się być jedną z większych atrakcji tego rejonu. Zaczyna się niespodziewanie. Dzieci idą zagadane i dopiero w połowie wąwozu z wysokimi ścianami wykrzykują „O, rany!” Skały pną się w górę na wysokość 40 metrów, a odległość między nimi, pozwalająca na przejście, to zaledwie 5-7 metrów. Na końcu podchodzimy schodkami w górę i od razu wpisujemy się do pamiątkowej księgi, zaświadczając, że szczelinę pokonaliśmy.
Można teren eksplorować również od góry, nikt z nas nie ma jednak odwagi, by spojrzeć z tej strony, jak prezentują się wąskie ściany, ani sił, by dotrzeć do krawędzi z widokami na zatokę. To kilkunastominutowy dodatkowy spacer. Zmierzamy zatem do parkingu, ale to nie koniec atrakcji na naszej trasie. Napotykamy na kolejne zwężenie, na około 3-4 metry, choć ściany nie są już tak wysokie. Natomiast ponad naszymi głowami wisi ogromny głaz, pod którym trzeba przejść.
Od tego miejsca do parkingu mamy jeszcze 4 kilometry. Niewiele, ale jak już przeszło się ponad 10, to jednak zmęczenie daje się we znaki. Na szczęście drogę uprzyjemniają kładki, po których dzieciaki uwielbiają chodzić, prowadzące nas skrajem zalanej słońcem łąki oraz pośród pól kamieni. Zostały one tutaj przetoczone przez morze 8000 lat temu. Imponujące, bo brzeg obecnie od tego miejsca był bardzo daleko.
Wędrówkę rozpoczętą około godziny 11.00, kończymy ostatecznie po 17.00. To tylko kilka godzin marszu i pierwszy dzień wędrówki podczas wakacji, a mamy wrażenie jakbyśmy przejechali już całą Szwecję – poraziła nas różnorodność i piękno towarzyszących nam krajobrazów podczas tej wycieczki.
Kamila Gruszka

Jest dziennikarką, podróżniczką i pilotką wycieczek. Publikuje w prasie podróżniczej, o tematyce górskiej i rowerowej oraz serwisach internetowych. Prowadzi blog www.barswiat.pl, gdzie promuje aktywną turystykę rodzinną. Współpracuje z firmami z branży outdoor. Organizuje pokazy podróżnicze.
Odwiedziła już prawie wszystkie kraje w Europie, podróżowała po Azji, była w Ameryce Północnej i Afryce, ale niezmiennie fascynuje ją szeroko pojęty „Wschód”. Jako pilotka specjalizuje się w wyjazdach do Gruzji, Armenii i Iranu.

"Bar Świat" to strona dla osób zainteresowanych wyjazdami różnorakimi, ale najczęściej związanymi z byciem blisko natury i aktywnym spędzaniem czasu. Lubimy rower, góry i nocowanie pod namiotem, ale nie tylko. Mamy nadzieję, że znajdą tu wiele inspiracji wszyscy, którzy czują, że świat jest ich domem, albo choć "barem", gdy dom zamykamy na klucz i ruszamy przed siebie.
Alpe Adria to według wielu najpiękniejszy szlak rowerowy w Europie. Nominalnie 411 km jazdy przez Alpy nad Adriatyk.
Dwudniowa wycieczka do Berlina jako odskocznia od obżarstwa świątecznego u rodziny? Bardzo dobry pomysł! Tylko 4 godziny drogi autostradą i meldujemy się w stolicy Niemiec.
Muranska Planina to nasze najnowsze odkrycie na Słowacji. Góry tutaj przypominają nieco polską Jurę z wapiennymi skałkami, tylko skala jest zdecydowanie większa!
Zamiast pędzić do przodu, ledwie rzucając okiem na kolejne atrakcje na trasie, można zatrzymać się na dłużej i wycisnąć, ile się da z miejsca, w którym się jest, przemierzając okolicę pieszo. Polecam takie rozwiązanie!
Blisko przyrody możemy poczuć się na wyspie Viðey, położonej zaledwie ok. 1 km na północ od Reykjaviku. Z przystani Skarfabakka płynie się tam promem dosłownie kilka minut
