Tradycją jest, że większość Polaków tak organizuje sobie urlop, by długi weekend majowy uczynić jeszcze dłuższym. Mam wrażenie, że w tym roku wszyscy za swój cel obrali Słowację: niania Dominiki z synem, brat z ekipą, znajomi z branży, zaprzyjaźnione małżeństwo z pracy męża. Na szczęście większość ograniczyła się do Słowackiego Raju i znanych miejscowości ze źródłami termalnymi, więc rejon, który my odwiedziliśmy, był wolny od tłumów rodaków, choć i tam polską mowę słyszeliśmy często.
Z sentymentem wspominając wypad rowerowy sprzed kilku lat w Beskid Niski, postanowiliśmy poszukać śladów łemkowszczyzny po stronie słowackiej. Spędziliśmy kilka dni wśród pofałdowanych zielonych wzgórz dawnych ziem Łemków.
Fot. arch. Kamila i Darek Gruszka
Zabudowania łemkowskich wiosek w niczym nie przypominały „chyży”, które tak nas zauroczyły w Polsce. Otynkowane powojenne domy równie dobrze mogłyby się znajdować np. na południu kraju. Tylko cerkwie zachowały się z dawnych czasów w miarę nienaruszonym stanie. O łemkowskim pochodzeniu mieszkańców przypominały wypisane cyrylicą nazwy miejscowości. Swoją drogą, gdy w Polsce w jednej z wiosek chciano dodać łemkowską nazwę, żyjące do tej pory w zgodzie obok siebie rodziny weszły w stan wojny...
Fot. arch. Kamila i Darek Gruszka
Najsłynniejszym obok Nikifora znanym mi Łemką był niejaki Ondriej Warhola. Jego muzeum mieści się w Medzilaborcach w podupadłym budynku pamiętającym lepsze czasy. Po części poświęcone jest krewniakom Andy’ego – artystom, którzy także mieli ambicje przeżycia swoich kilku minut w świetle reflektorów.
Fot. arch. Kamila i Darek Gruszka
Godny polecenia jest skansen w Svidniku. W porównaniu do wymuskanego (bardzo zresztą ciekawego!) parku etnograficznego w Sanoku, ten słowacki był bardziej autentyczny. Miało się wrażenie, jakby domy zostały przeniesione prosto z tych wiosek, w których na próżno ich szukaliśmy. W nowym miejscu pozostawiono je samym sobie. Dziur w dachach nikt nie łatał, w stodołach stały zużyte sprzęty, na furmankach leżała słoma. Dużą frajdą dla dzieciaków była pasąca się na łące krowa, biegające źrebaki czy wygrzewający się w słońcu kot.
We wpisanym na listę UNESCO Bardejovie (Bardiów) zrobiliśmy sobie spacer wzdłuż pozostałości murów obronnych. Bardzo ładny jest też rynek.
Fot. arch. Kamila i Darek Gruszka
Koło zamku w Zborovie przebiegają górskie szlaki. Nie żałuję półgodzinnej wędrówki w deszczu pod górę. Rozległe ruiny warte były tego.
Fot. arch. Kamila i Darek Gruszka
Swoją drogą, po raz pierwszy mój pobyt na Słowacji miał odmienny charakter niż handlowy w celu zakupu taniego alkoholu lub tranzytu w inne zakątki Europy. Uświadomiłam sobie, że słowackie realia to zupełnie inny świat niż nasz, pełen handlu, komercji i pogoni za pieniądzem. W rejonach, które odwiedziliśmy, miałam wrażenie, że czas się zatrzymał. Przynajmniej przez chwilę i my to poczuliśmy...
Fot. arch. Kamila i Darek Gruszka
Wyjazd miał miejsce w długi weekend majowy 2008 r.

Jest dziennikarką, podróżniczką i pilotką wycieczek. Publikuje w prasie podróżniczej, o tematyce górskiej i rowerowej oraz serwisach internetowych. Prowadzi blog www.barswiat.pl, gdzie promuje aktywną turystykę rodzinną. Współpracuje z firmami z branży outdoor. Organizuje pokazy podróżnicze.
Odwiedziła już prawie wszystkie kraje w Europie, podróżowała po Azji, była w Ameryce Północnej i Afryce, ale niezmiennie fascynuje ją szeroko pojęty „Wschód”. Jako pilotka specjalizuje się w wyjazdach do Gruzji, Armenii i Iranu.

"Bar Świat" to strona dla osób zainteresowanych wyjazdami różnorakimi, ale najczęściej związanymi z byciem blisko natury i aktywnym spędzaniem czasu. Lubimy rower, góry i nocowanie pod namiotem, ale nie tylko. Mamy nadzieję, że znajdą tu wiele inspiracji wszyscy, którzy czują, że świat jest ich domem, albo choć "barem", gdy dom zamykamy na klucz i ruszamy przed siebie.
Alpe Adria to według wielu najpiękniejszy szlak rowerowy w Europie. Nominalnie 411 km jazdy przez Alpy nad Adriatyk.
Dwudniowa wycieczka do Berlina jako odskocznia od obżarstwa świątecznego u rodziny? Bardzo dobry pomysł! Tylko 4 godziny drogi autostradą i meldujemy się w stolicy Niemiec.
Muranska Planina to nasze najnowsze odkrycie na Słowacji. Góry tutaj przypominają nieco polską Jurę z wapiennymi skałkami, tylko skala jest zdecydowanie większa!
Zamiast pędzić do przodu, ledwie rzucając okiem na kolejne atrakcje na trasie, można zatrzymać się na dłużej i wycisnąć, ile się da z miejsca, w którym się jest, przemierzając okolicę pieszo. Polecam takie rozwiązanie!
Blisko przyrody możemy poczuć się na wyspie Viðey, położonej zaledwie ok. 1 km na północ od Reykjaviku. Z przystani Skarfabakka płynie się tam promem dosłownie kilka minut
