W stronę Dżemaa el-Fna

Tekst: Kamila Gruszka

 

Zdjęcia: Anna i Marcin Szymczak

Pogodzony z życiem osiołek ciągnął wóz z kapustą. Wyprzedzał go kierowca skutera w długim płaszczu z kapturem. Z naprzeciwka nadjeżdżał wóz z pomarańczami. Trąbiły stare peugeoty i nowe dżipy. Przechodnie próbowali odnaleźć drogę na drugą stronę ulicy, a ja na nich nie wpaść. Jazda rowerem „po afrykańsku” nie jest prosta, ale dostarcza sporo emocji.


Przede mną na tle błękitnego nieba majaczyły ośnieżone szczyty Atlasu. Wzdłuż murów ochraniających miasto mieniły się na drzewach pomarańczowe kształty najsmakowitszych owoców świata, a ja jechałam w stronę placu Dżemaa el-Fna. Wracałam z rowerowej wycieczki poza miasto – z odpoczynku pod palmami w pełne orientalnego gwaru centrum Marrakeszu, byłej marokańskiej stolicy.


 
ŚWIAT Z ARABSKIEJ BAŚNI

Po raz pierwszy zobaczyłam ten rozległy nieregularny plac, otoczony równie asymetrycznymi budynkami, przed południem, gdy świat leniwie budził się ze snu. Już od rana byłam nakłaniana do skosztowania pomarańczowego soku przez ubranych w odprasowane fartuchy i śnieżnobiałe czapeczki barmanów. U mnie lepszy, u mnie doskonały, u mnie najsłodszy – zdawały się mówić ich zapraszające gesty. Smutne oczy wyrażały zawód, gdy skorzystałam z usług konkurencji. Świeżo wyciskany sok pomarańczowy to jedno z wielu marokańskich wspomnień, które zostanie ze mną na długo. Kawałki miąższu pływające w słodkim napoju to ideał nieosiągalny dla topowych producentów soków w kartonikach.
Na całym placu widać było grupki ludzi skupione wokół jakiegoś przedstawienia. To najprawdziwsi zaklinacze węży! Niesamowite było dla mnie odkrycie, że znani z bajek z dzieciństwa i opowieści o dalekich krajach mistrzowie tej sztuki naprawdę istnieją. Mimo że podejrzewałam, iż stwory przede mną nie mogą być niebezpieczne, wolałam trzymać się z dala od tańczących pod wpływem dźwięków piszczałek kobr. Tym bardziej że dostrzeżeni w tłumie gapiów turyści byli od razu nękani prośbą o datek.
Pobrzękiwanie metalu świadczyło o zbliżaniu się nosiwody. Wielkie kapelusze z blaszkami dźwięczącymi przy każdym ruchu, łańcuchy z metalowych miseczek na wodę i bukłaki z rurką – to tradycyjne atrybuty przedstawiciela zawodu, który dzisiaj stanowi jedynie atrakcję turystyczną. Wróżbiarze, kobiety malujące dłonie henną, sprzedawcy pamiątek, uzdrowiciele – to był dopiero początek niespodzianek, bo tak naprawdę plac ożywał późnym wieczorem.

Zanim jednak poznałam magię nocnego Dżemaa, dotarłam do ukrytych w wąskich uliczkach marrakeskich targowisk. Świat arabskich suków tworzy zamknięty labirynt przejść i małych placyków, gdzie tylko wtajemniczeni mogą odnaleźć właściwą drogę wyjścia. Poddając się plątaninie zadaszonych korytarzy, odkryłam, że u podstaw tego pozornego nieładu tkwi jednak głębsza idea uniwersalnego porządku. Poszczególne kramy zgrupowane są według specjalności. Przybywający na targ z dalekiej pustyni nomada bezbłędnie trafiał do sprzedawcy konkretnych towarów. Otumaniony różnorodnością Europejczyk po prostu ruszał przed siebie, przyciągany jak magnes do kolejnych stoisk.
W słońcu mieniły się różnobarwne talerze, misy, filiżanki i naczynia na tadżin, tradycyjną marokańską potrawę. Skórzane pantofle o czubkach szpiczastych, zaokrąglonych lub ściętych doskonale dopasowywały się do stopy. W lustrze uprzejmie przytrzymywanym przez kupców można było podziwiać srebrne ozdoby zawieszone do przymiarki na szyi. Handlarze zachęcali do zakupów marokańskich strojów, z których długie płaszcze z charakterystycznym kapturem były największym hitem. Kolorowe tkaniny o oryginalnych wzorach kusiły wrażliwe na piękno fatałaszków kobiety. Drewniane wyroby przygotowywano na miejscu. Przy odrobinie cierpliwości można było zapoznać się ze sposobem produkcji charakterystycznych dla arabskich wnętrz niskich stołów, na których podaje się miętową herbatę.

 
MARRAKESZ, KESZ, KESZ
 
Pojawienie się turysty zainteresowanego zakupem mobilizowało sprzedawcę do zachwalania swojej oferty na wszelkie sposoby. Czasem rozmowa zaczynała się od pozornie obojętnej uwagi czy bezinteresownego zapytania dotyczącego kraju pochodzenia. Nierzadko było się zapraszanym do wypicia herbaty z gospodarzem sklepu czy właścicielem stoiska. Niby przypadkowo przed gościem pojawiały się różne przedmioty, każdy o interesującej historii pochodzenia. Jeśli wierzyć opowieściom, przeważnie były produkowane przez dziadków właścicieli lub nomadów z pustyni...

 

 

Reszta artykułu w numerze 06/2014 "Poznaj Świat".

 

 

 

 

 

 
Autor: Kamila Gruszka

Jest dziennikarką, podróżniczką i pilotką wycieczek. Publikuje w prasie podróżniczej, o tematyce górskiej i rowerowej oraz serwisach internetowych. Prowadzi blog www.barswiat.pl, gdzie promuje aktywną turystykę rodzinną. Współpracuje z firmami z branży outdoor. Organizuje pokazy podróżnicze.
Odwiedziła już prawie wszystkie kraje w Europie, podróżowała po Azji, była w Ameryce Północnej i Afryce, ale niezmiennie fascynuje ją szeroko pojęty „Wschód”. Jako pilotka specjalizuje się w wyjazdach do Gruzji, Armenii i Iranu.


 O nas

"Bar Świat" to strona dla osób zainteresowanych wyjazdami różnorakimi, ale najczęściej związanymi z byciem blisko natury i aktywnym spędzaniem czasu. Lubimy rower, góry i nocowanie pod namiotem, ale nie tylko. Mamy nadzieję, że znajdą tu wiele inspiracji wszyscy, którzy czują, że świat jest ich domem, albo choć "barem", gdy dom zamykamy na klucz i ruszamy przed siebie.

 
Ostatnio dodane

Alpe Adria to według wielu najpiękniejszy szlak rowerowy w Europie. Nominalnie 411 km jazdy przez Alpy nad Adriatyk.

Dwudniowa wycieczka do Berlina jako odskocznia od obżarstwa świątecznego u rodziny? Bardzo dobry pomysł! Tylko 4 godziny drogi autostradą i meldujemy się w stolicy Niemiec.

Muranska Planina to nasze najnowsze odkrycie na Słowacji. Góry tutaj przypominają nieco polską Jurę z wapiennymi skałkami, tylko skala jest zdecydowanie większa!

Zamiast pędzić do przodu, ledwie rzucając okiem na kolejne atrakcje na trasie, można zatrzymać się na dłużej i wycisnąć, ile się da z miejsca, w którym się jest, przemierzając okolicę pieszo. Polecam takie rozwiązanie!

Blisko przyrody możemy poczuć się na wyspie Viðey, położonej zaledwie ok. 1 km na północ od Reykjaviku. Z przystani Skarfabakka płynie się tam promem dosłownie kilka minut

...
...
...
...