Z wysokości przyczepy spoglądałam na kolejne mijane na naszej drodze berberyjskie wioski. Domy zbudowane były z gliny wymieszanej ze słomą. Słońce porządnie je wysuszało, dzięki czemu w gorącym klimacie miały szansę przetrwać długi czas. Tylko porządny deszcz mógł je zniszczyć, a taki zdarzał się tu rzadko. Na murach białym barwnikiem wymalowano znaki przypominające liście palm. Płaskie dachy mogły służyć za wygodne tarasy, miejsca do odpoczynku, suszenia opału oraz składowisko niepotrzebnych rzeczy. Nierzadko widziałam tam zamocowane anteny satelitarne – łączność ze światem dla mieszkańców marokańskiego Atlasu.
Zawsze wybierając się do jakiegoś kraju, staram się choć kilka dni spędzić w górach. Wiem, że spotkam tam ludzi autentycznych i dowiem się, jak naprawdę żyje się mieszkańcom. Potem, wracając, zabieram z sobą najwięcej wspomnień z dni spędzonych na łonie natury podczas wędrówki z całym ekwipunkiem na plecach. Zabytki bledną, zwiedzane pałace i świątynie mieszają się, a nazwy kolejnych zamków i twierdz mylą. Natomiast herbata wypita w wiosce gdzieś głęboko w górach pozwala zatrzymać czas. Ważne stają się gesty, spojrzenie i ręka z dzbankiem wyciągnięta w moim kierunku.
Tym razem górska ekspedycja rozpoczęła się w miejscowości Tarudant. Dookoła miasta ciągnęły się mury wybudowane tak jak niemal wszystko w Afryce – z piasku. Liczyły sobie kilkaset lat. Tylko w niektórych miejscach trochę ukruszone, nadal jednak wyznaczały granice miasta. Jak za dawnych czasów bramy stanowiły miejsce, gdzie świat zewnętrzny łączył się ze społecznością miejscowych. Przyjeżdżając autobusem z Marakeszu do miasta wkracza się przez południową bramę Bab Zugan. Chcąc pojechać w góry, trzeba się udać pod Bab Lakhmiss, bardziej na północy.
Po Maroku podróżowałam autobusami, rowerem, skuterem, na wielbłądzie i taksówkami „grand” oraz „petit”. Petit taxi wożą pasażerów w ramach tej samej miejscowości, grand wypuszczają się dalej i pokonują kilkadziesiąt kilometrów pomiędzy popularnymi miejscowościami, na trasach, na których nie narzeka się na brak klientów. Są to taksówki kolektywne – ruszają, gdy zbierze się komplet, a każdy płaci tylko za swoje miejsce.
Anteny satelitarne na dachach - łączność ze światem dla mieszkańców marokańskiego Atlasu.
Fot. arch. Kamila i Darek Gruszka
Gdy pytaliśmy o możliwość dostania się do górskich miejscowości, polecono nam właśnie ten rodzaj transportu. Jednak tym razem pod znaną nazwą nie kryło się wygodne siedzenie we wspólnym aucie marki mercedes. Wraz z plecakami i mężem trafiłam na przyczepkę stanowczo nie pasażerskiego pojazdu. Obok nas wylądowały worki z tajemniczą zawartością, beczka ropy, kawał metalowego drąga oraz inni autostopowicze. Jechaliśmy w kierunku gór.
Po wyjeździe za miasto oprócz berberyjskich wiosek wzrok przyciągały ośnieżone szczyty. Droga wiodła wzdłuż rzeki z porastającymi jej brzegi kaktusami i palmami. Na suchych zboczach ponad nami na żółtym tle wyschniętej ziemi widać było zielone plamy drzewek arganiowych. Ulubiony przysmak kóz – wyjaśnił przewodnik. Wśród gałęzi faktycznie dojrzeć można było te brodate zwierzaki.
Lahsen był na pewno przewodnikiem wyjątkowym. Wyróżniał się na tle przedstawicieli swojej profesji na całym świecie, a także spomiędzy przeciętnych Marokańczyków. Był czarny, a jego rodzina nie wywodziła się ze szlachetnego arabskiego rodu, tylko z Mali – państwa w Afryce. Ryszard Kapuściński rozpoczyna swoje rozważania w którymś z pierwszych rozdziałów „Hebanu” od kwestii czasu. Lahsen pozwolił mi zrozumieć prawdę, że czas dla Afrykańczyków naprawdę nie istnieje. Poznałam go przypadkowo, a stał się niemal bratnią duszą w marokańskiej Afryce. Sam podróżował niemal pięć lat po Azji, więc potrafił wyczuć problemy globtroterów. Urodzony oportunista – zawsze korzystał z okazji, by przyłączyć się do czyjegoś posiłku, napić herbaty w restauracji na innych koszt lub schować się pod dach namiotu w zimną noc. Był doskonałym przykładem wyznawcy zasady: tam mój dom, gdzie powieszę swój kapelusz. Ciągle się uśmiechał i spoglądał łagodnymi oczami na świat. Choć miałam wrażenie, że czuje się tak samo obco w arabskim kraju jak ja, stał się moim łącznikiem między zimną Europą a gorącą pustynią. Lahsen znał pięć języków: angielski, francuski, hiszpański, arabski i berberyjski.
W byłym protektoracie francuskim jedynym znanym obcym językiem jest mowa dawnych kolonizatorów. Mój angielski nie przydawał się w ogóle. Na pomoc nadciągał na szczęście Lehsen. To on negocjował warunki transportu i tłumaczył dialogi biegnących za nami chłopców. Proszę podejdź do drzwi, otwórz okno, lubię mleko – wypowiadali wyuczone na pamięć w szkole zdania. Próba nawiązania kontaktu z przybyszami z innego świata nie udała się: ich francuski kulał, a mój ograniczał się do dwóch słów. Bonjour!, Ça va! – nauczyłam się zaraz po przyjeździe do Maroka. Tak był pozdrawiany niemal każdy obcokrajowiec. Angielskie Hello! w ogóle nie funkcjonowało.
Zaproszenie na herbatę. Lahsen dopełnia rytuałów.
Fot. arch. Kamila i Darek Gruszka
Ta Berberka zaprasza nas na herbatę – Lahsen po raz kolejny objawił swój lingwistyczny talent. Pyta, czy macie ochotę. Oczywiście, że tak. Mijane do tej pory i oglądane z zewnątrz zabudowania berberyjskich wiosek mieliśmy teraz poznać od środka. Weszliśmy do pomieszczenia wyłożonego na całej długości i szerokości dywanem, a właściwie grubszymi kawałkami materiału. W pokoju nie było żadnych mebli. Usiedliśmy na rozłożonym specjalnie na nasze przybycie kocu. Gospodyni położyła przed nami niski stolik. Zwyczaj wymaga, aby umyć przed posiłkiem ręce – wyjaśniał Lahsen. Wkrótce miałam się przekonać, że czytane przeze mnie opisy arabskich obyczajów są zgodne z prawdą. Myłam ręce nad cynową misą wodą laną z dzbanka.
Zaintrygowane przybyciem gości ciekawie zerkały z progu pokoju dzieci Berberki. To one przyniosły płaski chleb i miseczkę z oliwą. Dzbanek z herbatą i małe szklaneczki już dawno stały na stole. Lahsen dopełniał rytuałów. Wlał najpierw z wysoka herbatę do jednej ze szklanek i odlał ją z powrotem do dzbanka. Czynność powtórzył dwa razy. To po to, by cukier się rozpuścił – Lahsen na wszystko miał gotową odpowiedź. Wodę na marokańską herbatę podgrzewa się w metalowym dzbanku, aż zacznie wrzeć, następnie wsypuje herbatę, dodaje liście mięty, dużą ilość cukru w kostkach i zagotowuje przez chwilę ponownie. Wychodzi bardzo smaczny napój – „marokańska whisky”, jak ją nazywają w kraju, w którym picie alkoholu jest zabronione. Herbatę konsumuje się we wszelkich okolicznościach, szczególnie chętnie z zapraszanymi na nią gośćmi. Chleb maczany w oleju z oliwek był dopełnieniem tego skromnego poczęstunku u berberyjskiej rodziny.
Czas jednak naglił. Przed zmrokiem musieliśmy dojść do Had’Imoulas, gdzie planowaliśmy rozłożyć się z noclegiem. Dzięki wskazanemu przez Berberkę skrótowi, końcówka wędrówki okazała się bardzo przyjemna – szliśmy zielonym zagajnikiem, stanowiącym niesamowity kontrast w stosunku do suchej ziemi, którą oglądaliśmy wcześniej. Mimo wędrówki poza letnim sezonem doskwierało palące słońce. Trudno sobie wyobrazić, jak uciążliwy musi być tutaj trekking z plecakiem latem. W Atlasie bowiem ciężko jest znaleźć skrawek cienia, przynajmniej przy drodze. Inaczej jest, gdy zejdzie się w pobliże strumienia. Między osadami ciągną się systemy nawadniające – korytka wypełnione wodą. To w ich pobliżu wyrastają zbawienne miejsca na postój z posiłkiem lub nocleg w namiocie. Zieleń drzew pozwala na zapas nacieszyć wzrok swą soczystością i intensywnością. W takim miejscu udało nam się rozbić namiot. Mimo gorąca w dzień, noc okazała się chłodna i śpiwór puchowy nie był już przeklinanym przeze mnie zbędnym balastem.
W wiosce odbywa się targ – Lahsen zdążył już się zorientować w sytuacji. Od rana drogą obok naszego namiotu ciągnęli Berberzy. W górach i biedniejszych rejonach Maroka podstawowym środkiem transportu jest osiołek. Ten marokański był zupełnym zaprzeczeniem stereotypu przyswajanego od dzieciństwa dzięki różnym bajkom i przypowieściom. Łagodny, pokornie znosił swój los. Właściciele tych zwierzaków zostawiali je tuż przed wioską. Parking dla osłów?! – zdziwiłam się, widząc ich przynajmniej kilkadziesiąt pasących się w dolinie. Do wioski zabierano tylko specjalne torby przekładane przez grzbiet kłapouchego. Zapasy prowiantu kupowane na cotygodniowym targu musiały być znaczne, gdyż sakwy zawieszone na obu bokach osiołka zostawiały niewiele miejsca na nogi Berbera. Często więc wygodniej było im jechać siedząc na ośle bokiem.
Parking dla osłów w dzień targowy. Fot. arch. Kamila i Darek Gruszka
Nic dziwnego, że zaopatrywano się obficie. Mnie też kusiły kolorowe papryki, przystrojone zielonymi liśćmi pomarańcze, ciemne bakłażany, dorodne jabłka czy wręcz olbrzymich rozmiarów marchew. Warzywa i owoce rozkładano na płachtach folii lub kawałkach materiału wprost na ziemi. Kupowali i handlowali tylko mężczyźni. Berberki cierpliwie czekały w domach, aż ich mężowie wrócą z zapasem kolorowych przypraw czy suszonych owoców. Sprzedawcy skrupulatnie odmierzali potrzebne porcje na wagach, które na pewno nie dostałyby atestu w Europie. Z kupowaniem nie spieszono się. W końcu targ niewielki, a czasu dużo. Przy okazji więc wybierania mis i narzędzi rolniczych raczono się herbatą z miętą. Na tym polega sztuka targowania. Rozmowa pozornie dotyczy innych tematów, jednocześnie jednak podsuwa się klientowi kolejne towary. Stara legenda mówi, że Arab potrafi sprzedać nawet zapach, kupujący – zapłacić dźwiękiem monety. Targi są więc trudne, dostarczają jednak tyle satysfakcji...
Niewątpliwie również wyczerpują. Przybyli na targ Berberzy udawali się więc do pobliskich restauracji na tadżin, tradycyjną potrawę mięsno-warzywną przygotowywaną w specjalnym stożkowym naczyniu. Produkty były jak na wyciągnięcie dłoni. Pogłaskałam małą owieczkę plątającą się między nogami. W przyszłości marny jej los.
Dostojni Berberzy w czapeczkach na głowie i długich płaszczach ze szpiczastymi kapturami powoli rozchodzili się do domów. My też rozpoczęliśmy kolejny etap naszego trekkingu. Dzień wcześniej umierałam z gorąca wędrując przez wypaloną ziemię, tego dnia mogłam do woli nasycić oczy zielenią. U nas śnieg i minus 5 stopni – przesyłał wiadomości z Polski mój brat. Ja wędrowałam wzdłuż kanału nawadniającego, niedaleko rzeki płynącej palmową doliną. Cieszyłam się, gdy oglądałam kwitnące kaktusy. Na marokańskich poletkach zboże już dawno powschodziło i zawiązało kłosy. Dawni Marokańczycy byli ponoć mistrzami nawadniania. Sprowadzali wodę systemami nawadniającymi setki kilometrów do miast. Do dzisiaj te systemy funkcjonują, choć współcześni inżynierowie dziwią się, w jaki sposób udało się ich przodkom dojść do pewnych rozwiązań. Nie zapomina się o przypadkowym przechodniu. W pobliżu domów zawsze można znaleźć wyłożony mozaiką zbiorniczek z wodą i kranem, z którego cieknie woda zdatna do picia nalewana do przywiązanego sznurkiem kubeczka.
Schodziliśmy z gór coraz niżej do wylotu doliny. I to właśnie stąd mogliśmy podziwiać najpiękniejsze widoki. Odsłoniły się wysokie szczyty Atlasu. Śnieg kontrastował z rudą barwą niższych zboczy i żółtym kolorem ufortyfikowanej wioski. Ksar to jedna z podstawowych nazw, którą przyswaja sobie turysta odwiedzający Maroko. Aby maksymalnie wykorzystać wzgórzysty teren, wioski budowano jak twierdze. Poszczególne budynki rosły wzwyż raczej niż wszerz.
Ksar - ufortyfikowana wioska. Fot. arch. Kamila i Darek Gruszka
Ponieważ dzień już się kończył, postanowiliśmy zabrać się z powrotem do Tarudant jakimś środkiem transportu. Podróżowanie z lokalną ludnością zawsze jest ciekawe i może być źródłem wielu spostrzeżeń. Nic tak nie przybliża jak wspólna droga na samochodowej pace o rozmiarach półtora metra na dwa. Ta Berberka jest na ciebie zła – tłumaczył Lahsen niekończący się potok słów pomarszczonej babinki. Było mi trochę przykro – przesunęłam jej torbę w dobrej intencji, by zrobić miejsce wsiadającej właśnie młodej dziewczynie szczelnie okrytej od stóp do głów z trójką dzieci pod opieką. Jedno z nich nosiła na plecach przewiązane chustą według afrykańskiego obyczaju. Nie przejmuj się – za chwilę pocieszał mnie Lahsen. Ona jest na wszystkich zła. Berberka ani na chwilę nie przestawała mówić, co miało w sumie swój urok. Zatrzymaliśmy się po raz kolejny. Tym razem na przyczepę próbował się dostać staruszek, któremu trzeba było podać rękę, bo sam by sobie nie poradził.
Robiło się coraz ciaśniej. Tylko jedną stopą dotykałam podłoża, drugą trzymałam zawieszoną w powietrzu. Palce bielały od kurczowego wczepiania w oparcie przyczepy. Jednak chciałam, by ta podróż trwała jak najdłużej. Z żalem zrzucałam plecak na ziemię i żegnałam się z Lahsenem. Na szczęście wspomnienia zostaną ze mną na zawsze.
Kamila Gruszka
Informacje praktyczne:
Termin:
Maroko odwiedziliśmy na przełomie lutego i marca 2007 r. Jest to bardzo dobry termin na trekking, bo temperatury nie są jeszcze zbyt wysokie (choć i tak dochodzą do 30 st. C). Noce i wieczory bywają chłodne, trzeba się więc zaopatrzyć w ciepłą odzież i śpiwory. W wyższych partiach Atlasu w tym okresie panują warunki zimowe.
Rejon:
Z Tarudant jest jeszcze około 50 km w góry, ale jest to dobre miejsce wypadowe, skąd można wynająć transport w interesujący nasz rejon. Po drodze mija się wiele berberyjskich wiosek i właściwie z dowolnego miejsca można rozpocząć etnograficzną wędrówkę w poszukiwaniu kultury berberyjskiej. Polecam wioski Had’Imoulas i Afensou. Podobno pięknie jest też w okolicach Tasquinnt. Niezwykle ważny atut tego miejsca – bardzo rzadko docierają tutaj turyści, którzy wolą rejony Dżebel Tubkal.
Trekking nie przedstawia właściwie żadnych trudności. Wędruje się mniej lub bardziej uczęszczanymi szlakami komunikacyjnymi łączącymi poszczególne wioski. Problem może być tylko z wodą. Jednak na pewno znajdzie się ją w pobliżu wiosek w specjalnych „korytkach”, ciągnących się od wioski do wioski.
Trekking zajął nam 2 dni. Można go wydłużyć maksymalnie do 4-5. W sezonie letnim warto dotrzeć do płaskowyżu Tiszka, wtedy na pewno zajmie to więcej czasu.
Noclegi:
Nie ma żadnych ograniczeń, jeżeli chodzi o rozbicie namiotu, choć oczywiście warto się zorientować, czy nie rozbijamy się przypadkiem na czyimś prywatnym terenie. Teren jest zupełnie nieturystyczny i nie ma żadnych hoteli. Można ewentualnie pytać o możliwość przenocowania na prywatnej kwaterze.
Jedzenie:
W wioskach można zjeść gorący posiłek w restauracjach, jednak poziom sanitarny lokali budzi wiele zastrzeżeń. Niewykluczone, że zostaniemy zaproszeni na posiłek do prywatnego domu, w takim przypadku oczekuje się zapłaty za poczęstunek. Na targu można się zaopatrzyć w świeże owoce i warzywa, ale nie ma co liczyć, że znajdziemy sklep, gdzie kupimy ryż i sos z torebki lub zupkę chińską.
Ceny:
Waluta: dirham (MAD); 1 USD = ok. 9,05 MAD; 1 EUR = OK. 10,70 MAD
Transport Tarudant – Afensou: 15 MAD od osoby (na pace);
Transport z trasy poniżej Afensou do Tarundant: 10 MAD od osoby (na pace wypełnionej ludźmi);
Transport na krótkim odcinku na trasie pomiędzy Had’Imoulas a Afensou: 5 MAD od osoby (niestety bezpłatny autostop w Maroku nie istnieje, chyba że zabierzemy się w podróż z obcokrajowcami podróżującymi karawaningami – niestety ci w góry nie wyruszają);
Zapłata za poczęstunek u berberyjskiej rodziny: 10 MAD;
Przewodnik na 2 dni: 100 MAD.
Trzeba się nastawić na ostre targowanie!
Mapy i przewodniki:
Nieznane są mi żadne mapy tego rejonu, dlatego zdecydowaliśmy się na wynajęcie przewodnika, zresztą poznanego przypadkowo. Prawdopodobnie potrzebne mapy można by znaleźć we Francji, której Maroko było kolonią. Przewodnik Pascala lakonicznie wspomina okolice Tarudant jako rejon trekkingowy. O płaskowyżu Tiszka informacje można czerpać z książki Najpiękniejsze trekkingi świata Steve’a Razzetti’ego wydanej przez Stapis.
Uwagi końcowe:
Warto odwiedzić Maroko, gdyż od jakiegoś czasu latają tam tanie linie lotnicze m.in. Ryannair. Do Maroka nie potrzebujemy wizy.
Polecam przyswoić sobie chociaż podstawowe zwroty z języka francuskiego, pomocne w dogadaniu się z lokalną społecznością.
Tekst ukazał się w czasopismie "Sportowy Styl", grudzień 2007, nr 1/2008 (105), zima 2007/2008.

Jest dziennikarką, podróżniczką i pilotką wycieczek. Publikuje w prasie podróżniczej, o tematyce górskiej i rowerowej oraz serwisach internetowych. Prowadzi blog www.barswiat.pl, gdzie promuje aktywną turystykę rodzinną. Współpracuje z firmami z branży outdoor. Organizuje pokazy podróżnicze.
Odwiedziła już prawie wszystkie kraje w Europie, podróżowała po Azji, była w Ameryce Północnej i Afryce, ale niezmiennie fascynuje ją szeroko pojęty „Wschód”. Jako pilotka specjalizuje się w wyjazdach do Gruzji, Armenii i Iranu.

"Bar Świat" to strona dla osób zainteresowanych wyjazdami różnorakimi, ale najczęściej związanymi z byciem blisko natury i aktywnym spędzaniem czasu. Lubimy rower, góry i nocowanie pod namiotem, ale nie tylko. Mamy nadzieję, że znajdą tu wiele inspiracji wszyscy, którzy czują, że świat jest ich domem, albo choć "barem", gdy dom zamykamy na klucz i ruszamy przed siebie.
Alpe Adria to według wielu najpiękniejszy szlak rowerowy w Europie. Nominalnie 411 km jazdy przez Alpy nad Adriatyk.
Dwudniowa wycieczka do Berlina jako odskocznia od obżarstwa świątecznego u rodziny? Bardzo dobry pomysł! Tylko 4 godziny drogi autostradą i meldujemy się w stolicy Niemiec.
Muranska Planina to nasze najnowsze odkrycie na Słowacji. Góry tutaj przypominają nieco polską Jurę z wapiennymi skałkami, tylko skala jest zdecydowanie większa!
Zamiast pędzić do przodu, ledwie rzucając okiem na kolejne atrakcje na trasie, można zatrzymać się na dłużej i wycisnąć, ile się da z miejsca, w którym się jest, przemierzając okolicę pieszo. Polecam takie rozwiązanie!
Blisko przyrody możemy poczuć się na wyspie Viðey, położonej zaledwie ok. 1 km na północ od Reykjaviku. Z przystani Skarfabakka płynie się tam promem dosłownie kilka minut
