Mało wiemy o Gruzji. Kraj ten kojarzy się z wojną i biedą, tymczasem jest jednym z najbardziej zachwycających zakątków na ziemi, zamieszkany przez najserdeczniejszych ludzi, jakich można spotkać.
Pan Bóg rozdzielał ziemię między narody. Wszyscy ustawili się w kolejce, by dostać najlepszy kawałek. Gruzinom znudziło się czekanie, więc rozłożyli koce, wyciągnęli jedzenie, wino i zaczęli ucztować. Gdy Bóg skończył pracę, dojrzał ich i kazał przywołać: - Ucztowaliście i bawiliście, gdy inni kłócili się o ziemię. Podobacie mi się i chcę to wam wynagrodzić. Rozdałem już całą ziemię, ale został mi jeszcze najpiękniejszy kawałek. Przeznaczyłem go sobie na starość, ale nie pozostaje mi nic innego, jak oddać go wam...
Autobus zatrzymał się na końcowym przystanku. Wysiedliśmy i zaczęliśmy się rozglądać za kolejnym środkiem transportu do Barisacho, stolicy regionu Chewsuretii. – Wsiadajcie, pojedziecie z nami” – usłyszeliśmy od jednego ze współpasażerów. Czekał na niego kolega.
Samochód mozolnie piął się pod górę. Wydawało nam się, że przejechaliśmy zaledwie kilometr, gdy kierowca zarządził przerwę. Przy drodze stały metalowe ławy i stolik. Ten ostatni za chwilę był już zastawiony - pojawiło się wino, chleb, ser, jabłka.
Gdy Gruzin spotyka się z przyjaciółmi, rozpoczyna się supra, czyli uczta. Nieważne, czy umówili się na pogawędkę, grę w karty, wypicie wina - na stole nie może zabraknąć białego aromatycznego sera, chleba w kształcie spłaszczonego placka i wina domowej roboty. Jeżeli nie ma w domu nic innego, dokłada się czy to jabłka lub kawałek arbuza. Ważne, żeby na stole nie było skrawka wolnego obrusa.
Jada się przede wszystkim chaczapuri, czyli placek z serem, najsłynniejszy kaukaski specjał. W zależności od regionu Gruzji próbowaliśmy kilku jego rodzajów. Różniły się gatunkiem serowego nadzienia, a niekiedy jedynie kształtem. Najsmaczniejsze i najdziwniejsze chaczapuri próbowaliśmy w Adżarii. Dostaliśmy ciepłe placki z wyciętą w środku dziurą, w którą włożone były kawałki sera i wbite surowe jajka. Zajadaliśmy się też chinkali, czyli pierogami z mięsem. Najbardziej jednak smakowało nam gruzińskie kababi - przemielone z przyprawami mięso zawinięte w naleśnik.
Wypiliśmy dwie butelki wina, zjedliśmy chleb i ser. To, co zostało, dostaliśmy na drogę. Do Barisacho dotarliśmy po południu.
Mistrzowie toastów
„Wypijmy za Polszu i Gruzju, za to, że się tu spotkaliśmy, za nasze dzieci, które dopiero mają przyjść na świat i za zmarłych, których już dawno między nami nie ma.” W Gruzji nauczyliśmy się, co to znaczy toast. Nauczycielami byli pogranicznicy, strzegący grzbietu górskiego, oddzielającego Gruzję od Czeczenii.
Toasty wznosi tamada, czyli osoba najstarsza w towarzystwie, najwyższa rangą lub po prostu gospodarz domu. Tylko on może wyznaczyć swojego następcę. Dopiero po którymś kieliszku hierarchia się miesza i toasty wygłaszają wszyscy po kolei. Niełatwo być tamadą, gdyż trzeba odznaczać się niewątpliwym talentem krasomówczym - przemówienia trwają nieraz po kilka minut. – W Gruzji winem wznosimy toasty za przyjaciół, a piwem za wrogów – tłumaczono nam, gdy nieopatrznie zakupiliśmy dla naszych gospodarzy piwo do kolacji. – Te zwyczaje jednak zanikają, bo do nas także przychodzi z Zachodu moda na piwo.
Szanowanym trunkiem jest też czacza – gruziński bimber pędzony na skórkach od winogron. To głównie ten napój, a nie wino, przyczynił się do tego, że cały dzień po rannej wizycie pograniczników przeleżeliśmy w namiotach, nie wyściubiając z nich nosów. Dobrze, że nie pojechaliśmy do Kachetii, krainy słynącej z uprawy winorośli. Tam to dopiero by się działo.
Stara jak świat
Na wzgórzu ponad starą częścią Tbilisi góruje pomnik Matki Gruzji. W jednej ręce trzyma czarę z winem przeznaczoną dla przyjaciół, w drugiej miecz dla wrogów. Gruzja nieustannie musiała odpierać najazdy. Jej łagodni w charakterze i gościnni mieszkańcy wojowanie mają we krwi. Zwykłe „witaj” w tłumaczeniu znaczy „zwyciężyliśmy” – tak witali się powracający z boju. „Gaumardzios”, „my z tobą" – odpowiadały żony z ulgą.
Z Tbilisi przez Mcchetę, dawną stolicę, a dzisiaj centrum duchowe Gruzji, do granicy rosyjskiej biegnie jeden z ważniejszych transkaukaskich szlaków – Gruzińska Droga Wojenna. Wzdłuż niej stoją kamienne wieże. Budowano je w takiej odległości od siebie, by z jednej do drugiej przekazać sygnał o nadciągającym niebezpieczeństwie. Wtedy rozpalano ogień, a gdy wartownicy z drugiej wieży go wypatrzyli, podpalali przygotowany stos, by zaalarmować następnych.
Z okien samochodu dostrzegamy twierdzę Ananuri. Położona tuż przy transkaukaskim szlaku miała bronić nie tylko przed zewnętrznymi wrogami. Historia Gruzji pełna jest bowiem opowieści o napadach jednych klanów na drugie, mieszkańców poszczególnych dolin na sąsiadów. Trudno mi wyobrazić sobie Gruzina z mieczem w ręku, widzę go raczej jako uśmiechniętego gospodarza witającego gości winem. Wojna pozostała dla mnie zaklęta w kamieniach, gościnności doświadczyłam na własnej skórze.
Dzisiejsza Gruzja to znana z czasów greckich Kolchida. Przewodnicy oprowadzają po miejscach związanych z opowieścią o Argonautach, pokazują skały, do których przykuty był Prometeusz. Nie wiadomo, ile jest w nich prawdy, ale szczątki budowli z czasów starożytnych zachowały się do dziś. Już w IV wieku Gruzja przyjmuje chrześcijaństwo, a w XII i XIII następuje rozkwit kraju pod rządami królowej Tamary. Niestety, do upadku przyczyniły się najazdy Mongołów, Turków, Persów oraz przejście pod koniec XVIII wieku pod protektorat Rosji.
Gruzini w swojej świadomości zatrzymali się w dawnych czasach. Dumni z historii, chcą przybyłym pokazać każdą cegłę zabytkowego kościoła czy fragment starożytnych murów. Zanim nasz gospodarz z Tbilisi dowiózł nas z lotniska do domu, zdążył nam pokazać kościoły Metechi i Anczischati oraz oprowadzić po katedrze Sioni, Starym Mieście i wskazać ważniejsze pomniki stolicy. – Byliście w Gori czy w Wardzi? Czy ktoś opowiedział wam o tych miejscach? – pytali zatroskani Gruzini. Tu każdy czuł się w obowiązku oprowadzić przybysza po najważniejszych zabytkach miasta i okolic oraz godzinami opowiadać o ich historii.
– Zostały wam tylko dwie godziny do odjazdu pociągu? – martwili się poznani pod Kazbekiem znajomi spotkani przypadkowo w Gori. – Nie zdążymy wam nic pokazać! Oni nawet nie zapytali, czy my mamy czas i ochotę cokolwiek zobaczyć. Od razu założyli, że muszą nas zawieźć do Atenis Sioni – kościoła ukrytego wśród gór i Uplisciche – kamiennego miasta, niedaleko Gori. Zostaliśmy u nich dwa dni...
Zabytki gruzińskie są doskonale zachowane dzięki sprzyjającemu klimatowi. Kościoły i twierdze z V czy VI wieku wyglądają jak wybudowane najwyżej kilkadziesiąt lat temu. – W Polsce w tym czasie budowano ziemianki – rozmyślałam siedząc w komnacie z perfekcyjnie wykutymi w skale kolumnami, tronem i kasetonami na suficie. Skalne miasto w Uplisciche powstało w X wieku p.n.e.! Są tu pozostałości teatrów, bibliotek, aptek. Zamieszkiwało je 20 tysięcy osób.
– Misza, a te budowle w dole też są stare? – pytam naszego znajomego. – Nie, te nie stare, z XV wieku. W Gruzji przekonałam się, że czas i historia są pojęciem względnym.
Gruzja, moja miłość
Jeżeli Gruzin sam zaprosi gościa, jest to tylko jego własna zasługa, ale jeśli nieznajomy przybysz niespodziewanie pojawi się na jego drodze – to znak, że Pan Bóg go zesłał. "Gość w dom, Bóg w dom" – nie jest w Gruzji zwykłym powiedzeniem.
Siedzieliśmy dookoła bambusowego stołu w miejscowości Buknari pod Batumi. Usługiwał nam sam potomek starego gruzińskiego rodu Bagratianich. Widząc nas spacerujących po plaży, zaprosił na herbatę. To właśnie on wytłumaczył nam wiele zagadek dotyczących charakteru Gruzinów. A zaczęło się od tego, że gdy opowiadaliśmy o pobycie w Wardzi, monumentalnym skalnym mieście z XII wieku, stwierdził najskromniej na świecie: – To budował mój dziad. Miał na myśli ojca królowej Tamary. Spojrzałam na naszego gospodarza i w rozczochranym mężczyźnie w krótkich spodenkach rzeczywiście dopatrzyłam się podobieństwa do szlachetnej twarzy pojawiajćej się na freskach w królewskich cerkwiach. – Moja rodzina jest po to, by żyć i umierać dla Gruzji – mówił śmiertelnie poważnym głosem, jednocześnie popijając piwo.
Do Wardzi nie dociera żaden autobus, trzeba liczyć na autostop lub wynająć busa czy taksówkę. My dojechaliśmy tam w komfortowych warunkach samochodem przyjaciół z Gori. Mieli co prawda wywieźć nas tylko za rogatki miasta, skąd łatwiej było łapać autobusy, ale po piętnastu minutach wrzucili bagaże z powrotem do samochodu i nas samych wepchnęli do środka. – Aczik jeszcze nigdy nie widział Wardzi – wyjaśnili. Gruzja jest małym krajem, ale w tym momencie znajomi podjęli decyzję na miarę „przejażdżki” z Poznania do Zakopanego. To właśnie nazywa się gruzińska gościnność.
Z podróży po tym kraju zostanie mi kilka wspomnień. Przede wszystkim przejście labiryntów Wardzi z mnichem, znajomym Aczika. Świeczki mszalne, z których kapał na palce gorący wosk, służyły nam tam za jedyne źródło światła. Niesamowite było obserwowanie oświetlonych w tak demoniczny sposób średniowiecznych fresków. Poza tym chyba do końca życia w uszach będzie mi dźwięczał mocny śpiew męskich głosów odbijany echem przez skalne pomieszczenia starożytnego miasta Uplisciche. To był prywatny koncert tylko na naszą cześć.
Przewodniki pełne są opisów zabytków i informacji praktycznych, ale nie oddają atmosfery tego zakątka świata i charakterystyki zamieszkujących go ludzi. Jeżeli komuś uda się odwiedzić krainę, którą Pan Bóg zostawił sobie na starość, wraci tak samo zachwycony jego mieszkańcami jak ja i być może obdarowany oszlifowanymi krowimi rogami, z których Gruzini piją wino do dna. Na pewno będzie chciał tam jeszcze raz pojechać.
Kamila Gruszka
Artykuł wraz z tutaj niezamieszczonymi, bo już mocno nieaktualnymi informacjami praktycznymi ukazał się w czasopismie "Podróże", nr 2 (92) 2006.

Jest dziennikarką, podróżniczką i pilotką wycieczek. Publikuje w prasie podróżniczej, o tematyce górskiej i rowerowej oraz serwisach internetowych. Prowadzi blog www.barswiat.pl, gdzie promuje aktywną turystykę rodzinną. Współpracuje z firmami z branży outdoor. Organizuje pokazy podróżnicze.
Odwiedziła już prawie wszystkie kraje w Europie, podróżowała po Azji, była w Ameryce Północnej i Afryce, ale niezmiennie fascynuje ją szeroko pojęty „Wschód”. Jako pilotka specjalizuje się w wyjazdach do Gruzji, Armenii i Iranu.

"Bar Świat" to strona dla osób zainteresowanych wyjazdami różnorakimi, ale najczęściej związanymi z byciem blisko natury i aktywnym spędzaniem czasu. Lubimy rower, góry i nocowanie pod namiotem, ale nie tylko. Mamy nadzieję, że znajdą tu wiele inspiracji wszyscy, którzy czują, że świat jest ich domem, albo choć "barem", gdy dom zamykamy na klucz i ruszamy przed siebie.
Alpe Adria to według wielu najpiękniejszy szlak rowerowy w Europie. Nominalnie 411 km jazdy przez Alpy nad Adriatyk.
Dwudniowa wycieczka do Berlina jako odskocznia od obżarstwa świątecznego u rodziny? Bardzo dobry pomysł! Tylko 4 godziny drogi autostradą i meldujemy się w stolicy Niemiec.
Muranska Planina to nasze najnowsze odkrycie na Słowacji. Góry tutaj przypominają nieco polską Jurę z wapiennymi skałkami, tylko skala jest zdecydowanie większa!
Zamiast pędzić do przodu, ledwie rzucając okiem na kolejne atrakcje na trasie, można zatrzymać się na dłużej i wycisnąć, ile się da z miejsca, w którym się jest, przemierzając okolicę pieszo. Polecam takie rozwiązanie!
Blisko przyrody możemy poczuć się na wyspie Viðey, położonej zaledwie ok. 1 km na północ od Reykjaviku. Z przystani Skarfabakka płynie się tam promem dosłownie kilka minut
