WŁOCHY: Sycylia na wiosnę

Zaczęło się pechowo, bo odwołali nam lot. Już zaczęliśmy dostrzegać w tym fakcie jakieś fatum, znak, że nie możemy latać samolotami, tym bardziej, że poprzednie nasze samolotowe wakacje, czy też plany takowych, też w jakiś sposób pechowe były.

Dwa dni opóźnienia, Kraków zamiast Rzeszowa i jednak lecimy! Wylądowaliśmy na lotnisku w pobliżu Trapani, przenosząc się z pełni zimy w przepiękną i ciepłą wiosnę. Dookoła mnóstwo kwiatów i soczysta zieleń, plantacje oliwek i winogron, skały, wzgórza, średniowieczne miasteczka i starożytne ruiny.

Rezydowaliśmy na początku na malowniczym przylądku San Vito Lo Capo. Nad naszym kempingiem wznosił się mur skalny oblegany przez wspinaczy, z drugiej strony o skalisty brzeg rozbijały się fale morza.

Niedaleko stamtąd było do rezerwatu chroniącego najpiękniejszą część wybrzeża. Droga asfaltowa
kończyła się niespodziewanie, dalej można było wędrować tylko pieszo.

Wspinaliśmy się w poszukiwaniu starożytnych ruin w upalnym słońcu. Na szczycie wzgórza w okolicy Segesty czekał na nas amfiteatr grecki. Warto było odkrywać to miejsce samodzielnie, nie korzystając z autobusu, który podwoził bardziej leniwych turystów.

Ciekawe były saliny, czyli miejsca, które i dzisiaj służą do wytwarzania soli z wody morskiej. Bardzo malownicze miejsca z wiatrakami, w których gruba sól była kiedyś mielona.

Trochę odmienny charakter ma wschodnia część wyspy - nocowaliśmy tam w hostelu w Katanii. Ruch uliczny przyprawiał o ból głowy i przyczynił się do pojawienia kolejnych siwych włosów na głowie Darka. Zasad nie ma - jedyna, jaką udało nam się zauważyć, to taka, że kto pewniejszy i o silniejszych nerwach, ten jedzie. Samochody poobijane, powiązane sznurkiem, poklejone folią - drobnymi wgnieceniami nikt tam się nie przejmował. Cud, że nam się udało nie porysować samochodu, choć szybę mieliśmy wybitą w sam dzień wyjazdu - nie zapłaciliśmy odpowiedniej kwoty panu parkingowemu za pilnowanie samochodu, więc można powiedzieć, że sami byliśmy sobie winni. Cóż, doświadczyliśmy, jak działa lokalna mafia...

Pewnego wieczora właściciel hostelu, w którym spaliśmy, przyszedł z wiadomością, że wybucha Etna. Pobiegliśmy na dach kamienicy, gdzie mieścił się taras, i skąd mieliśmy świetny widok na oddalony ok. 40 km wulkan. Faktycznie nawet w ciemnościach było widać buchający ogień i strumyczek lawy spływający po zboczu. Rano podjechaliśmy aż na wysokość 2 tys. metrów. Po stronie południowej (myślę że i po północnej jest podobnie) mieści się tam gigantyczny parking dla samochodów, choć najczęściej turyści podjeżdżają tam autokarami, korzystając ze zorganizowanych wycieczek. Dalej można było wjechać kolejką (działała mimo erupcji - widocznie te wybuchy nie były czymś nadzwyczajnym), następnie przesiąść się na auto z napędem 4x4 i z przewodnikiem udać się jak tylko blisko się da w pobliże krateru. Zrezygnowaliśmy z tej przyjemności za jedyne 50 Euro za osobę i poszliśmy sobie pospacerować po kraterach, których pełno było w pobliżu. Pola wulkaniczne ciągnęły się prawie po horyzont. Jest coś fascynującego i wciągającego w tym krajobrazie. Pewnie gdyby nie było z nami dzieci, doszlibyśmy aż na sam szczyt (ponad 3 tys. m n.p.m.), choć nie wiem, czy taka samodzielna eksploracja jest dozwolona powyżej już pewnej wysokości.

Sycylia wydawała nam się całkowicie odmienna od reszty Włoch czy Europy - mniej zabiegana, może też trochę mniej schludna, ale przez to swojska. Szczególnie to odczuwaliśmy, gdy przypatrywaliśmy się pracy rybaków w porcie lub wędrowaliśmy wąskimi uliczkami miast, w których ponad naszymi głowami zwisało kolorowe pranie: obrusy, pościele, ubrania. Nawet w Palermo wystarczyło wejść w boczne uliczki, by trafić na bazary, warsztaty w bramach, punkty naprawcze wprost na ulicy - bardziej przypominały te labirynty uliczek arabskie suki niż włoskie miasteczko.

Raz pojechaliśmy zupełnymi bezdrożami na obiad, zjedzony przez nas w najbardziej odludnym miejscu, jakie można sobie wyobrazić. Trafiliśmy tam tylko dzięki wskazówkom z ulotki, wręczonej nam na parkingu. Odpowiedzieliśmy na wezwanie przygody i nie żałowaliśmy. Poczuliśmy tam do głębi klimat sycylijski i jestem pewna, że drugi raz w to miejsce nie potrafiliśmy trafić - niestety ulotkę zgubiliśmy... Pyszne jedzenie i słodycze - to główne wspomnienie nasze z Sycylii. Rurki z kremem, ciasta, marcepanowe owoce, ogromne porcje lodów, czy obiadowe: makarony, bakłażany, przystawki, oliwa z oliwek i oliwki, które - o, dziwo! - na Sycylii mi smakowały.

Oj, jedzenia sycylijskiego mi brak...


Wyjazd miał miejsce na początku kwietnia 2013 r. w okresie świąt wielkanocnych.

 
 
 
Autor: Kamila Gruszka

Jest dziennikarką, podróżniczką i pilotką wycieczek. Publikuje w prasie podróżniczej, o tematyce górskiej i rowerowej oraz serwisach internetowych. Prowadzi blog www.barswiat.pl, gdzie promuje aktywną turystykę rodzinną. Współpracuje z firmami z branży outdoor. Organizuje pokazy podróżnicze.
Odwiedziła już prawie wszystkie kraje w Europie, podróżowała po Azji, była w Ameryce Północnej i Afryce, ale niezmiennie fascynuje ją szeroko pojęty „Wschód”. Jako pilotka specjalizuje się w wyjazdach do Gruzji, Armenii i Iranu.


 O nas

"Bar Świat" to strona dla osób zainteresowanych wyjazdami różnorakimi, ale najczęściej związanymi z byciem blisko natury i aktywnym spędzaniem czasu. Lubimy rower, góry i nocowanie pod namiotem, ale nie tylko. Mamy nadzieję, że znajdą tu wiele inspiracji wszyscy, którzy czują, że świat jest ich domem, albo choć "barem", gdy dom zamykamy na klucz i ruszamy przed siebie.

 
Ostatnio dodane

Alpe Adria to według wielu najpiękniejszy szlak rowerowy w Europie. Nominalnie 411 km jazdy przez Alpy nad Adriatyk.

Dwudniowa wycieczka do Berlina jako odskocznia od obżarstwa świątecznego u rodziny? Bardzo dobry pomysł! Tylko 4 godziny drogi autostradą i meldujemy się w stolicy Niemiec.

Muranska Planina to nasze najnowsze odkrycie na Słowacji. Góry tutaj przypominają nieco polską Jurę z wapiennymi skałkami, tylko skala jest zdecydowanie większa!

Zamiast pędzić do przodu, ledwie rzucając okiem na kolejne atrakcje na trasie, można zatrzymać się na dłużej i wycisnąć, ile się da z miejsca, w którym się jest, przemierzając okolicę pieszo. Polecam takie rozwiązanie!

Blisko przyrody możemy poczuć się na wyspie Viðey, położonej zaledwie ok. 1 km na północ od Reykjaviku. Z przystani Skarfabakka płynie się tam promem dosłownie kilka minut

...
...
...
...