6 sierpnia 2014 r.
Podróż Niepołomice – Podłęże – Kraków – Budapeszt – hotel w Budapeszcie: samochodem, pociągiem, autokarem, metrem, tramwajem, pieszo.
7 sierpnia 2014 r.
Od rana leniwe zwiedzanie Budapesztu. Odbieramy bagaże z hotelu i jedziemy na lotnisko (autobus z ostatniego przystanku metra). Okazuje, że odwołano nam samolot. Noc i kolacja w hotelu Marriot na koszt Turkish Airlines.
8 sierpnia 2014 r.
Rano taksówką na lotnisko. Tam akcja terrorystyczna i długa odprawa, więc późny odlot samolotu. Przyspieszona przesiadka, odprawa w Stambule i... czekanie, bo awaria samolotu. W Montrealu jesteśmy spóźnieni o godzinę. Brak bagażu ze śpiworami i matami. Zamknięta wypożyczalnia samochodów, więc zamiast na kempingu śpimy w hotelu. Shuttle bus do hotelu – kolejny środek transportu na tej wyprawie.
9 sierpnia 2014 r.
Dzień z dziećmi w hotelu. Panowie ogarniają sprawy na mieście: sprawdzenie, czy znalazł się bagaż, zakupy zagubionego sprzętu, karta do parków, adaptery do kontaktów, kartusze z gazem, których nie wolno przewozić samolotem oraz wypożyczenie samochodu. Wreszcie po południu ruszamy do parku Oka, ok. 40 minut od Montrealu. Tam musimy uważać na trującą roślinę oraz chować jedzenie do samochodu przed szopami praczami. Wszędzie buszują wiewiórki z paskami na grzbiecie.
10 sierpnia 2014 r.
10-kilometrowa przebieżka poranna na sprawdzenie terenu. Z całymi rodzinami idziemy następnie na 7-kilometrowy zalesiony szlak Sentier du Sommet, który łączy się potem ze szlakiem kapliczek na pamiątkę chrystianizacji tych terenów. Po południu dopada nas „jetlag” – różnica czasu to 6 godzin.
11 sierpnia 2014 r.
Znowu bieganie poranne. Próba wzięcia prysznica – płatny. Decydujemy się na ucieczkę z dala od cywilizacji i długi przejazd do Parc National de la Jacques Cartier. Na terenie parku brak wolnych miejsc kempingowych (lepiej wcześniej rezerwować!), decydujemy się więc na pole Nord-Bec. To był dobry wybór: budynek w kształcie i klimacie schroniska oraz sympatyczne odosobnione miejsce na namioty nad rzeką, do którego prowadzi wiszący most, na terenie hodowla psów zaprzęgowych, dokoła las i pagórki ze szlakami, prysznice z ciepłą wodą za darmo. Dzieci są w swoim żywiole i eksplorują cały teren.
12 sierpnia 2014 r.
Jedziemy do parku Jacques Cartier. Visitor centre służy za punkt informacji i kierowania turystów na stanowiska: tu na kajaki, tam pontony, inni na kemping lub szlak. Cała droga oznaczona co 1 km, przy wszystkich odnogach tabliczki prowadzące na szlaki lub inne atrakcje. Decydujemy się podjechać wzdłuż rzeki na najdalszy szlak Le Croisee aż do 33 km. Asfalt zamienia się na drogę szutrową. Szlak prowadzi dwoma wariantami, najpierw wybieramy górski. Idziemy 3 godziny w jedną stronę aż do mostka. Droga powrotna wariantem rzecznym. Zaczyna mocno padać. Żałujemy, bo ta wersja szlaku jest bardzo malownicza – pełna skał, mchów i ciekawych przejść.
13 sierpnia 2014 r.
Biegamy po okolicznych wzgórzach, na końcu trochę się gubimy i trafiamy do psiarni, na teren której można wchodzić jedynie z przewodnikiem. Ponieważ zapowiadają kolejny deszczowy dzień, nie planujemy długiej wycieczki, tylko postanawiamy zwiedzić psiarnię. Wszystkich psów jest 96. Każdy ma swoją budę. Można je głaskać pod okiem właściciela. Wewnątrz budynku na zimę czekają sanie, rakiety śnieżne i uprzęże. Można wynająć podwójne sanie dla zakochanych. Widzimy jak przygotowuje się jedzenie dla psów czy naprawia sanie, którymi klient trafił w drzewo. To pieski z psiarni słyszymy czasami. Ponoć dlatego dzikie zwierzęta nie podchodzą do obozu, bo pieski je wyczuwają i od razu zaczynają wyć.
Popołudnie spędzamy wewnątrz budynku schroniska. Zaczyna mocno padać i musimy ratować obóz przed podtopieniem. Na najbliższe dni zapowiadają ulewy i ostrzegają przed powodziami.
14 sierpnia 2014 r.
Z powodu deszczu odpuszczamy wędrówki po górach i wybieramy się na zwiedzanie Quebecu. Główną atrakcją pod dachem i pod kątem dzieci jest Muzeum Cywilizacji, gdzie można zwiedzić wystawę dotyczącą dziejów Quebecu (ich historia zaczyna się w 1535 r., kiedy to francuski podróżnik Cartier dotarł w okolice miasta). Część dotyczącą pierwotnych mieszkańców tych rejonów dzieci zwiedzają dzięki indiańskiemu chłopczykowi, który opowiada o instrumentach, leczeniu ziołami, ubraniach, zwyczajach (interaktywna aplikacja). Jest też miejsce na eksperymenty, symulator trzęsienia ziemi, można poprzebierać się w stroje z bajek – dziwnie różnorodny zbiór niedopasowanych atrakcji dla dzieci w jednym miejscu.
Po południu pogoda okazuje się łaskawa i pozwala na przejście się ulicami Quebecu, który ponoć z wszystkich miast Kanady najbardziej przypomina miasteczka europejskie. Dzieci próbują wystrzelić z armaty w kierunku Rzeki Świętego Wawrzyńca, przechadzamy się słynnymi tarasami, docieramy na Pole Abrahama, miejsce bitwy, w wyniku której Quebec został uzależniony od Korony Brytyjskiej. Do dzisiaj tendencje separatystyczne są silne.
15 sierpnia 2014 r.
Dzień przejazdowy. Docieramy w pobliże kolejnego parku – Grands Jardins. Decydujemy się na nocleg na polu namiotowym w miejscowości Baie Saint Paul. Okaże się, że to najsympatyczniejsze pole namiotowe, na którym byliśmy. Te w parkach są jednak droższe i nie mają takiej infrastruktury wygodnej dla turystów (np. bezpłatny prysznic, wygodna jadalnia, plac zabaw etc.). Tego dnia mamy okazję zobaczyć kawałek rolniczej Kanady z dala od głównych dróg. Jedziemy malowniczą trasą górską pośród wiosek.
16 sierpnia 2014 r.
Kolejny deszczowy dzień, który uniemożliwia dalsze wycieczki. Tego dnia od rana zostajemy na kempingu, bo organizowany jest dla dzieci Dzień Dziecka. Są zabawy poszukiwawcze w lesie, malowanie twarzy, lody i bitwa makaronowa, po której dzieci trzeba myć i przebierać. Na koniec rozbijanie piniaty i deszcz cukierków.
Po południu robi się ładnie, więc jedziemy zapoznać się z Baie Saint Paul, miejscowością artystów i galerii. Ciekawy klimat małego miasteczka. Bardzo ładna przystań i widoki na Rzekę Św. Wawrzyńca, która nam towarzyszy niemal od początku wyjazdu. To w pobliżu rzeki mieszka najwięcej Kanadyjczyków, reszta obszaru to lasy, w których królują zwierzęta, nie ludzie.
17 sierpnia 2014 r.
Wybieganie poranne wydłuża się i z kempingu ruszamy dopiero po obiedzie. Tego dnia eksplorujemy oznakowane ścieżki wokół Baie Saint Paul. Pofałdowany teren i ciekawy las z mnóstwem ciekawostek: dużą ilością grzybów, jagód i malin nie zbieranych przez nikogo, drzewo z wybrzuszeniami pnia i inne z kumulacją gałęzi w kilku miejscach w koronie, jest też jedno z dużą ilością dziupli. Wiewiórki, ptaki, gąsienice i inne żyjątka.
18 sierpnia 2014 r.
Kolejna zmiana kempingu na parkowy w Grands Jardins. Śpimy tu dwa dni za darmo, bo po wykupieniu całorocznej karty do parków przysługują nam dwa bezpłatne noclegi. Zanim rozbijemy namioty, wykorzystując wreszcie piękną pogodę, wbijamy się na szlak nr 1 (oznaczony tak na mapie) Le Mont du Lac des Cygnes określany jako „difficult” i o najwyższym w okolicy przewyższeniu - 480 m. Nic to trudnego dla naszych dzieci. Początkowo wygodna utwardzona ścieżka aż do jeziorka Lac Georges. Następnie wreszcie wspinaczka pod górę. Pojawiają się kładki, balustrady. Ostatni odcinek to wędrówka po schodkach na sam szczyt. Jest bardzo rozległy i każdy znajdzie jakiś kawałek dla siebie. Przepiękne widoki z góry na okolicę, m.in. na Staw Kaczkowy, od którego wzięła się nazwa szczytu („cygnes”). 
Postanawiamy wydłużyć wycieczkę o szlak Le Pioui, by zatoczyć pętelkę. Znowu piękne widoki na skalistym szczycie, ale w dół ścieżka nie jest już tak przyjemna, jak podejście wcześniejsze.
Dopiero po wycieczce jedziemy zainstalować się na kempingu. Jedzenie, a nawet pastę do zębów należy chować do samochodu, by nie zwabić niedźwiedzi.
19 sierpnia 2014 r.
Powiało optymizmem – wyszło słońce i wreszcie zaczyna klarować się pogoda. W Parc National des Grands-Jardins, w którym się zatrzymaliśmy, robimy kolejne wycieczki, tym razem mniej wymagające. Z Chateau Beaumont idziemy na szlak La Pinéde o długości 6,7 km, który następnie łączy się z Le Pommereau – 3,8 km. Trasa zdecydowanie łatwiejsza niż dnia poprzedniego, ale też mniej widokowa. Wiedzie głównie lasem, śródleśne łąki porośnięte są chrobotkiem, znanym nam ze Skandynawii. W Kanadzie reniferów się nie spotyka, za to są karibu, bardzo do nich podobne, choć zdecydowanie trudniej je spotkać niż ich fińskich kuzynów.
Jest tak gorąco, że wszyscy mają ochotę na kąpiel w jeziorze. Koło Chateau Beaumont jest zejście nad wodę. Woda rześka, ale dzieciom to nie przeszkadza.
20 sierpnia 2014 r.
Tak nam się podoba w Grands-Jardins, że przed wyjazdem postanawiamy iść jeszcze na krótki 4,4-kilometrowy szlak La Chouenne, opisywany jako widokowy od pierwszego kilometra. I to się faktycznie potwierdza! Na szczycie – jak zwykle skalistym i rozległym – spędzamy znacznie więcej czasu niż planowaliśmy. Świeci słońce i nie chce nam się stamtąd ruszać.
Jedziemy w kierunku Parc marin du Saguenay – Saint-Laurent, czyli miejsca, w okolicach którego najlepiej obserwować walenie. Mamy niesamowite szczęście, bo widzimy je zaraz po zatrzymaniu się przy porcie w St. Simeon – małe morświny, baraszkujące w wodzie jak delfiny. Darmowym promem przeprawiamy się przez rzekę Saguenay. To właśnie u jej ujścia, tam, gdzie słodkie wody mieszają się z oceanicznymi Rzeki Świętego Wawrzyńca można zobaczyć najwięcej waleni.
21 sierpnia 2014 r.
Z kempingu ścieżką edukacyjną wzdłuż morza dochodzimy do Cap de Bon-Desir, miejsca obserwacji waleni, gdzie pracownicy ośrodka udzielają informacji i pomagają zwierzęta wypatrzyć. Spędzamy dłuższy czas na kamienistym cyplu i udaje nam się wypatrzyć fontannę wody płetwala błękitnego oraz małego morświna. Ośrodek mieści się na terenie dawnej latarni, obecnie muzeum. Wstęp jest płatny, ale nasze karty sepaq tu też działają, mimo że Parc marin du Saguenay – Saint-Laurent nie wchodzi w skład parków Quebecu.
22 sierpnia 2014 r.
Zmieniamy miejsce pobytu. Promem przeprawiamy się na drugą stronę Rzeki Świętego Wawrzyńca. Dobrze że nie schowaliśmy się do środka, bo dzięki temu mamy możliwość zobaczenia dwóch stadek bieług przepływających niedaleko.
Krajobraz na drugiej stronie rzeki zmienia się – jest bardziej płasko, rozlegle i rolniczo.
23 sierpnia 2014 r.
Mieszkamy w miejscowości Les Machins, skąd do Parc National de la Gaspesie jest jeszcze 70 km. Warto dojeżdżać, bo jest to jeden z najdzikszych parków przez nas odwiedzonych. Robimy dwie krótkie trasy. Pierwsza na szczyt Mont-Ernest-Laforce. Zaledwie 4,5 km, ale niesamowicie malownicze i przez królestwo łosi. Tym razem żadnego nie spotykamy, ale na szczycie strażnik parku opowiadał o nich turystom.
Przemieszczamy się samochodem na kolejny parking, skąd można bardzo szybko dojść nad Lac aux Americains (w dwie strony 2,6 km), promowane jako najpiękniejsze jezioro w parku. Do urody Morskiego Oka mu daleko, ale w przeciwieństwie do naszego najpiękniejszego tatrzańskiego stawu w Jeziorze Amerykanów można się kąpać.
24 sierpnia 2014 r.
Dzień odpoczynkowy spędzamy robiąc spacer do miejscowości Les Machins. Plaża jak nad morzem, dzieci zbierają na niej muszelki, a to cały czas Rzeka Świętego Wawrzyńca. Fajnie zajrzeć z bliska na podwórka ludzi związanych tak blisko z rzeką.
25 sierpnia 2014 r.
Jesteśmy gotowi na najdłuższą trasę w górach na tej wyprawie – 17-kilometrową pętlę prowadzącą na szczyt Mont Albert Nord. Na początku żmudne 5-kilometrowe podejście w lesie. Ale wybaczamy wszystko, gdy udaje się nam zobaczyć łosia tuż przy szlaku.
Po wyjściu ponad linię lasu robi się ciekawie – widoki na zielone morze drzew pod nami po horyzont. Szczyt skalisty i rozległy z platformami chroniącymi przed wiatrem i toaletą typu sławojka na szczycie.
Dalsza droga to płaskowyż z kładkami aż do platformy widokowej na dolinę w dole, do której schodzimy. Mimo że słońce pali, mamy mało wody i droga po kamieniach daje się we znaki, jesteśmy niesamowicie zadowoleni z tej trasy. Na końcu spotykamy znowu łosie przy szlaku. 9 godzin marszu z dziećmi, które w ogóle nie marudziły, że ciężko się idzie.
26 sierpnia 2014 r.
Moje marzenie o Kanadzie rozpoczęło się od lektury książki o wojażerach eksplorujących ten kraj drogami wodnymi w poszukiwaniu skórek bobrowych. Nie mogło zatem zabraknąć także pływania w indiańskim kanu. Sprzęt można wypożyczyć przy Jeziorze Cascapedia w parku. Pływamy cztery godziny, choć ze względu na mocny wiatr nie wyprawiamy się zbyt daleko. Dzieci zdobywają nowy ląd, zawieszają flagę ze spodni Jędrka, przybijają piątki liściom nenufarów oraz podpatrujemy sowę, która nadzorowała teren nad jeziorem. Czuję się usatysfakcjonowana, możemy wracać do domu.
27 sierpnia 2014 r.
Tego dnia robimy ponad 650 km. Powoli przemieszczamy się w stronę Montrealu, skąd mamy samolot i nie sądzimy, że spotkają nas w Kanadzie jeszcze jakieś niespodzianki. Okazało się jednak, że kemping zupełnie przypadkowo zarezerwowaliśmy niedaleko wioski indiańskiej Odanak. Przejeżdżając przez nią, przed domami widzimy totemy i gdzieniegdzie tipi. Malunki Indian ozdabiają kilka knajpek, sklep i dystrybutory na stacji paliw. Ulice mają nazwy indiańskie, a znak „Stop” oprócz francuskiego „Arret” także indiańskie „Channa”.
28 sierpnia 2014 r.
W Odanak mieści się muzeum Indian. Świetnie przygotowana wystawa pokazuje ich związek z rytmem natury i zgodne współżycie ze światem roślin i zwierząt. W to wszystko wkroczyli biali. Indianka pokazuje nam, jak wyplata się koszyki, odbywają się też warsztaty tworzenia łapaczy snów. Kupujemy jeden na pamiątkę pobytu w Kanadzie.
Mamy wrażenie, że część indiańska jest zdecydowanie biedniejsza niż druga zamieszkana przez Kanadyjczyków. Odbywa się tam tego samego dnia festiwal country, więc mamy pełnię Dzikiego Zachodu z saloonem, posterunkiem szeryfa, bankiem i więzieniem. Ciekawe dopełnienie naszego pobytu w Kanadzie.
29 sierpnia 2014 r.
Jedziemy do Montrealu. Szybki obiad w parku, zdajemy samochód i już na lotnisku czekamy na samolot.
30 sierpnia 2014 r.
Noc w samolocie mija szybko. Nocleg w Budapeszcie i kolejnego dnia od rana do domu.
31 sierpnia 2014 r.
Powrót!

Jest dziennikarką, podróżniczką i pilotką wycieczek. Publikuje w prasie podróżniczej, o tematyce górskiej i rowerowej oraz serwisach internetowych. Prowadzi blog www.barswiat.pl, gdzie promuje aktywną turystykę rodzinną. Współpracuje z firmami z branży outdoor. Organizuje pokazy podróżnicze.
Odwiedziła już prawie wszystkie kraje w Europie, podróżowała po Azji, była w Ameryce Północnej i Afryce, ale niezmiennie fascynuje ją szeroko pojęty „Wschód”. Jako pilotka specjalizuje się w wyjazdach do Gruzji, Armenii i Iranu.

"Bar Świat" to strona dla osób zainteresowanych wyjazdami różnorakimi, ale najczęściej związanymi z byciem blisko natury i aktywnym spędzaniem czasu. Lubimy rower, góry i nocowanie pod namiotem, ale nie tylko. Mamy nadzieję, że znajdą tu wiele inspiracji wszyscy, którzy czują, że świat jest ich domem, albo choć "barem", gdy dom zamykamy na klucz i ruszamy przed siebie.
Alpe Adria to według wielu najpiękniejszy szlak rowerowy w Europie. Nominalnie 411 km jazdy przez Alpy nad Adriatyk.
Dwudniowa wycieczka do Berlina jako odskocznia od obżarstwa świątecznego u rodziny? Bardzo dobry pomysł! Tylko 4 godziny drogi autostradą i meldujemy się w stolicy Niemiec.
Muranska Planina to nasze najnowsze odkrycie na Słowacji. Góry tutaj przypominają nieco polską Jurę z wapiennymi skałkami, tylko skala jest zdecydowanie większa!
Zamiast pędzić do przodu, ledwie rzucając okiem na kolejne atrakcje na trasie, można zatrzymać się na dłużej i wycisnąć, ile się da z miejsca, w którym się jest, przemierzając okolicę pieszo. Polecam takie rozwiązanie!
Blisko przyrody możemy poczuć się na wyspie Viðey, położonej zaledwie ok. 1 km na północ od Reykjaviku. Z przystani Skarfabakka płynie się tam promem dosłownie kilka minut
