Z pamiętnika festiwaloholika – rzecz o Przeglądzie Filmów Górskich w Lądku Zdroju...

W Lądku Zdroju odwiecznym już zwyczajem w jeden z jesiennych weekendów września gromadzą się w okolicach budynku zwanego Kinoteatrem adepci trudnej sztuki chodzenia po górach, skałach oraz wszelkiej maści przewyższeniach.

Jednym z ważniejszych akcentów wysokogórskich tegorocznego przeglądu było spotkanie z pierwszą damą kobiecego himalaizmu – Gerlinde Kaltenrunner. Królowa Himalajów przybyła do Lądka wraz z mężem na zaproszenie firmy Himountain i Lowa. Spotkanie prowadził Artur Hajzer, prezes Himountain i Piotr Pustelnik, himalaista. Gerlinde i Ralf Dujmovits opowiedzieli o swoich wspólnych wspinaczkach od czasu, gdy poznali się na Manaslu w 2002 r. Pokazali także urywki filmów nakręconych podczas wypraw, następnie odpowiadali na pytania przygotowane przez prowadzących. Gerlinde i Ralf preferują alpejski styl wspinania i na ośmiotysięczniki wchodzą przeważnie nowymi lub trudnymi drogami bez zakładania obozów, używania lin poręczowych, tlenu i pomocy Szerpów wysokościowych. Patrząc na Gerlinde trudno uwierzyć, jak silną kobietą musi być w górach. Na swój pierwszy ośmiotysięcznik weszła mając 23 lata, gdy stanęła na przedwierzchołku Broad Peak (8027 m n.p.m.). Dzisiaj w wieku 37 lat na swoim koncie ma 10 ośmiotysięczników, wszystkie bez użycia tlenu. „Wejście na ośmiotysięcznik z tlenem degraduje samą ideę wspinaczki wysokogórskiej do poziomu wejścia na sześciotysięcznik” – podkreśla Gerlinde. Austriaczka nie mogła uchronić się od pytań o kobiecy wyścig po Koronę Himalajów. Gdyby zdobyła wszystkie 14 ośmiotysięczników byłaby pierwszą kobietą, której by się to udało. Gerlinde jednak podkreśla: „Nie jest dla mnie istotne, kiedy zdobędę i czy zdobędę 14 ośmiotysięczników. Co naprawdę jest ważne, to wspinać się, w stylu, który preferuję. Cieszę się ze wspinania teraz bardziej niż kiedykolwiek. Rozważam nawet powtórzenie niektórych szczytów, które już zdobyłam, innymi drogami.”

Nie zawiedli się ci, którzy zdecydowali się na udział w spotkaniu z Johnem Porterem, dyrektorem festiwalu filmów górskich w Candle, ale także utalentowanym, mogącym się poszczycić wieloma ambitnymi przejściami alpinistą, dziś już nie wspinającym się w górach wysokich (zważywszy na to, że skończył 61 lat, nie wydaje się to niczym dziwnym). Porter przed publicznością Kinoteatru w Lądku wystąpił jako żywa kronika, w której pamięci zapisano ludzi i wydarzenia z lat 70. W jego barwnej opowieści ilustrowanej slajdami co chwila pojawiały się takie znakomitości jak Andrzej Zawada czy Jerzy Kukuczka. Mogliśmy się dowiedzieć zarówno o wyprawach w odległe zakątki Azji, jak i anglosaskim podboju Tatr. Ze szczególnym, i jak się wydaje nie mijającym wraz z upływem czasu, zdziwieniem, John Porter opowiadał o zaskakujących dla przybysza z Zachodu realiach rzeczywistości socjalistycznej. Dystynkcja i slajdy w stylu retro podkreślały wyraźnie wspomnieniowy, nie zaś relacyjny charakter tego spotkania. Nie przebiegało ono co prawda pod hasłem przeciwstawiania złotego wieku alpinizmu zpsutej współczesności. Tematem wiodącym była raczej chęć ocalenia od zapomnienia tych wszystkich elementów alpinistycznej historii, której nie odnotowują najbardziej nawet dokładne sprawozdania. Jak bowiem opisać tę niemożliwą do werbalnego przedstawienia nić sympatii i przyjaźni, jaka połączyła polskich i brytyjskich wspinaczy? Jak przekazać głęboki nawet po latach smutek z powodu śmierci partnera w czasie jednej ze wspinaczek? Patrząc i słuchając pełnego ciepła, ale i autoironii Johna Portera, można było się o tajemnice niewyrażalnego.

Pokazy slajdów odbywające się w tym roku pod hasłem Montana Incognita zainaugurowali znani już bywalcom różnych imprez slajdowych Julia i Staszek Pagaczowie. Jak zwykle zaprezentowali piękne zdjęcia i niezwykłe opowieści z życia świstaków. Żeńska część teamu Mazurkiewiczów przedstawiła relację z niezwykłego projektu – przejścia prastarego szlaku himalajskich karawan w Zanskarze. Nie zawiedli atrakcyjnością swoich prelekcji Adam Pustelnik i Piotr Morawski.

W hallu hotelu Geovita można było oglądać stałego gościa festiwalowych wieczorów w Lądku Marka Arcimowicza. Wystawę o znaczącym tytule „Z Archiwum X” zorganizowano z okazji 10-lecia jego pracy twórczej.

Przegląd w Lądku słynie z dobrych koncertów. W przeszłości w Kinoteatrze gościli VooVoo, Raz Dwa Trzy, zespół Kult i Lech Janerka. W tym roku organizatorzy przygotowali prawdziwą muzyczną ucztę. Zespół De Press zagrał „góralskiego rocka”, a na Scenie Etno mieliśmy okazję przeżyć „garnkofonię”, czyli koncert na instrumentach różnych oraz poznać klimat muzyki z Afryki i Karaibów, połączonej z warsztatami bębniarskimi.

Słoneczna pogoda i piękno jesiennego Lądka nastrajały do spacerów. Niedaleko stosunkowo od Kinoteatru na tzw. Oślej Łące można było spróbować zorbingu, czyli przemieszczania się w dół wzgórza uwięzionym w przeźroczystej kuli, obracającej się wokół własnej osi. Hitem okazał się Piknik Pod Wiszącą Skałą na Górze Trojan, na którą najpierw trzeba się wspiąć. Głównym powodem przybycia pod Skalną Bramę był koncert chóru i orkiestry „Artuficies”, znanej z występów w bardzo niekonwencjonalnych miejscach.

W tym roku oprócz filmów konkursowych pokazywano niezłe kino górskie z festiwalu w Kendal (współpraca z Johnem Porterem, organizatorem festiwalu to tegoroczna nowość). Oprócz tego przy wsparciu kanału telewizyjnego Kino Polska udało się zaprezentować spory pakiet polskich filmów archiwalnych. Wśród nich znalazła się prawdziwa „niema” perełka – "Biały Ślad" z 1932 roku, prawdopodobnie pierwszy polski film górski. Na pokazach plenerowych można było zobaczyć także 16 najciekawszych produkcji z poprzednich edycji.

Jak zawsze emocji widzom i autorom dostarczył konkurs. Większość profesjonalnych pieczołowicie przygotowywanych produkcji pobił amatorski obraz Marcina Tasiemskiego „Niematotamto”, który zdobył aż trzy nagrody: wyróżnienie w kategorii GÓRY NIEZNANE, Grand Prix festiwalu oraz chyba dla każdego filmowca nagrodę najcenniejszą – Publiczności. Kilkuminutowy film „Duet”, który zdobył nagrodę Burmistrza Lądka oraz został także doceniony przez publiczność, poraża pięknem obrazu. Życie Nepalczyków przedstawione od zazwyczaj niedostrzeganej przez himalajskie wyprawy strony zostało pokazane na filmie „W podróży z czerwonym bogiem Macheddendranath”. Wierzenia mieszkańców Nepalu, uroczysta procesja, przygotowania do przejazdu pojazdu niezwykłej konstrukcji stały się kanwą opowieści o ścieraniu się tradycji i nowoczesności, przeszłości i współczesnych realiów życia. Tradycyjnie już w Lądku Zdroju został dostrzeżony film Darka Załuskiego, który kilka lat temu tutaj zaczynał swoją karierę. „Everest - Przesunąć Horyzont”, nakręcony w trakcie wyprawy Martyny Wojciechowskiej na Everest, zdobył wyróżnienie w kategorii KULTURA, EKOLOGIA, CZŁOWIEK. Pozostałe nagrodzone filmy to: „Z pamiętnika szmatolotnika” o owładniętych pasją paralotniarzach, „E11” o obsesji wspinaczkowej Dave’a MacLeoda, „Jedna Milka”, dowcipna polska produkcja o działalności jaskiniowej i życiu bazowym podczas wyprawy w Alpy austriackie oraz „Zapach Szczytu”, który zdobył nagrodę za „unikalne zdjęcia na dużej wysokości w pionowych zerwach ściany Jannu i w ekstremalnych warunkach pogodowych”.

Impreza nieuchronnie dobiegła końca. I mimo że wydaje się, iż publiczność w tym roku była mniej liczna i zaproszeni goście jakby mniej widoczni, a festiwalowe imprezy już nie takie jak kiedyś, lądecki festiwal na stałe wpisuje się w kalendarz najważniejszych  tego typu wydarzeń w Polsce. Do zobaczenia za rok...

Tegoroczny program był tak wypełniony pobocznymi atrakcjami (imprezy na świeżym powietrzu, pokazy slajdów, spotkania, koncerty, wernisaże i wystawy oraz kiermasze), że doba każdego z uczestników powinna liczyć 48 godzin. I oczywiście nie ma mowy o przerwach na sen czy bezmyślny odpoczynek. Malkontenci mogą narzekać, że coś się zmieniło, że nie jest już tak jak przed laty, że mniej kameralnie. No cóż, to cena tego, że impreza rośnie w siłę i popularność, a lądecki festiwal na stałe wpisuje się w kalendarz najważniejszych tego typu wydarzeń w Polsce. Do zobaczenia za rok...

Autorzy tekstu: Kamila Gruszka i Kamil Kasperek


Zdjęcia: Marzena Zawal


Relacja ukazała się w magazynie "GÓRY", nr 10 (161) październik 2007 r.





 


 
Autor: Kamila Gruszka

Jest dziennikarką, podróżniczką i pilotką wycieczek. Publikuje w prasie podróżniczej, o tematyce górskiej i rowerowej oraz serwisach internetowych. Prowadzi blog www.barswiat.pl, gdzie promuje aktywną turystykę rodzinną. Współpracuje z firmami z branży outdoor. Organizuje pokazy podróżnicze.
Odwiedziła już prawie wszystkie kraje w Europie, podróżowała po Azji, była w Ameryce Północnej i Afryce, ale niezmiennie fascynuje ją szeroko pojęty „Wschód”. Jako pilotka specjalizuje się w wyjazdach do Gruzji, Armenii i Iranu.


 O nas

"Bar Świat" to strona dla osób zainteresowanych wyjazdami głównie z dziećmi, niskobudżetowymi, najczęściej związanymi z nocowaniem pod namiotem, gotowaniem sobie samemu jedzenia, byciem blisko natury i aktywnym spędzaniem czasu. Mamy nadzieję, że rodziny znajdą tu wiele inspiracji, a może i inni, którzy czują, że świat jest ich domem, albo choć "barem", gdy dom zamykamy na klucz i ruszamy przed siebie.

 
Ostatnio dodane

Na Cergową (716 m n.p.m.) można dotrzeć z czterech stron świata. Na jej szczycie krzyżują się bowiem szlaki..

Podczas wędrówki na Grzywacką Górę błota doświadczyłam mnóstwo, ale za to widoki były bardzo rozległe.

Najpiękniejsze były położone po obu stronach zbiorniki wodne – niebieskie oczka wśród żółtości uschniętych traw nieskoszonej łąki...

Od zawsze wszyscy znajomi straszyli wymagającym podejściem na Lackową, mało ciekawym szlakiem w lesie i brakiem widoków...

Gdzie szukać przestrzeni na wycieczki z naszymi pupilami, jeśli większość terenów górskich objęta jest w Polsce ochroną? Znaleźliśmy raj na Słowacji.

...
...
...
...