kronika rodzinna
2016-04-03
PORTUGALIA: Meia Maratona de Lisboa w kontekście turystyki maratonowej

Wyjazd do Portugalii planowaliśmy już od dłuższego czasu. Gdy zakupiliśmy ostatecznie bilety i Darek wszedł na jakiś serwis z informacjami o tym, co dzieje się w Lizbonie wtedy, gdy my ją odwiedzimy, pierwsze, co rzuciło mu się w oczy, to to, że dwa dni po naszym przyjeździe będzie się tam odbywał półmaraton. Jako że trójka z naszego towarzystwa regularnie trenuje bieganie, nie mogliśmy sobie odmówić przyjemności startu na trasie, która należy do najszybszych w Europie!

Wyjazdy zagraniczne związane ze startami w biegach zyskały już usankcjonowaną nazwę turystyki maratonowej. Nam także zdarzyło się uczestniczyć w wyjazdach specjalnie zorganizowanych po to, by wystartować w maratonach w Dreźnie, Koszycach i biegach koło czeskiego Brna. Każdy z nich był okazją do zwiedzenia miejsc, w których zawody się odbywały. W Dreźnie cały dzień wędrowaliśmy po mieście z polską przewodniczką, w Koszycach zostaliśmy specjalnie dzień dłużej, by powłóczyć się po starówce, a po wieczornym Brnie oprowadził nas Czech, który pokazał nam to miasto z punktu widzenia lokalsa. Dzień później, w drodze powrotnej, zahaczyliśmy jeszcze o morawski kras i zobaczyliśmy najciekawszą jaskinię - Punkevní. Łączenie więc startów w zawodach zagranicznych ze zwiedzaniem to na pewno ciekawa opcja, tym bardziej że specyfikę danego miejsca i charakter mieszkańców poznaje się także ze sposobu organizacji wydarzeń sportowych, w których uczestniczymy. Niejednokrotnie udział w maratonie pozwala zobaczyć najważniejsze zabytki miasta z zupełnie innej perspektywy, na przykład ulicy, która zostaje oddana tylko z tej okazji do dyspozycji biegaczy, a ruch pojazdów na niej wstrzymany.

Mimo wszystko Darek i ja nie jesteśmy fanami organizowania wyjazdów tylko po to, by wystartować w maratonie i przy okazji coś zobaczyć. To przy okazji to dla nas za mało. Co innego gdy odwrócimy proporcje - jeśli wyjeżdżamy gdzieś i akurat zdarzą się jakieś zawody. Od czasu gdy podczas wizyty w Kanadzie przegapiliśmy maraton w Quebecu, zawsze sprawdzamy, jakie biegi odbywają się w czasie naszej wizyty w danym kraju. Do Lizbony przylecieliśmy w nocy z 18 na 19 kwietnia, a półmaraton startował tam w niedzielę 20 kwietnia.

Gdy mówiliśmy znajomym, że będziemy biec w Lizbonie, wszyscy nam współczuli, że będzie to ciężki półmaraton, bo przecież Lizbona jest tak bardzo górzysta. Nie bardzo się nam to jednak zgadzało z informacjami wyczytanymi w Internecie. Półmaraton w Lizbonie uchodzi bowiem za jeden z najszybszych w Europie i padają tam rekordy szybkości na tym dystansie. Biega tam elita z Mo Farah na czele. Przypuszczaliśmy więc, że trasa musi być poprowadzona w jakiejś płaskiej dzielnicy. Dopiero po przyjeździe topografia miasta stała się dla nas jasna. Biuro zawodów mieściło się w dzielnicy Belém, położonej nad rzeką Tag, a start był zaplanowany na Moście 25 Kwietnia wznoszącym się imponująco wysoko nad tą rzeką i łączącym jej dwa brzegi.

Nie mamy dokładnych danych ile osób wystartowało w biegu, ale w ulotce ze wskazówkami dotyczącymi sposobu przemieszczenia się na miejsce startu informowano, że musi tam dotrzeć rano 30 tysięcy ludzi! Gdy w zawodach startuje tak wielka ilość osób, nie ma możliwości odbioru pakietów w dniu zawodów. Do Belém musieliśmy się więc udać w sobotę, przy okazji odwiedzając Centro Cultural de Belém, gdzie mieściło się expo i biuro zawodów. Budynek to nowoczesny, którego budowa wzbudziła spore kontrowersje. Tuż obok znajduje się bowiem wspaniały klasztor Hieronimitów w stylu manuelińskim, typowym tylko dla Portugalii, wpisany na listę zabytków UNESCO. Według nas dzielnica jest tak przestrzenna, że budynek Centrum Kulturalnego niknie gdzieś z boku, choć sam w sobie nie jest zbyt piękny.

Jak już dotarliśmy do dzielnicy Belém (metrem do stacji Cais do Sodré, a potem tramwajem nr 19 lub autobusem 728), uznaliśmy że warto już tutaj zostać, by zapoznać się z jej atrakcjami nieco dogłębniej (Relacja tutaj...).

 

To było w sobotę.

W niedzielę rano musieliśmy przemieścić się na miejsce startu zgodnie ze wskazówkami otrzymanymi w biurze informacji półmaratonu. Ponieważ ruch z okazji startu zawodników został na moście wstrzymany, jedyną opcją było udanie się tam kolejką. W naszym przypadku najlepiej ze stacji Roma-Areeiro. Z przystanku metra o nazwie Roma na stację kolejki musieliśmy dojść kawałek pieszo, ale nie musieliśmy się martwić, jak tam trafimy nie znając miasta, bo razem z nami w tamtym kierunku udawał się tłumek ubranych na sportowo osób. Tego dnia komunikacja miejska dla biegaczy była darmowa. Nikt biletów nie sprawdzał, a bramki wszędzie były otwarte. Nasze całodobowe bilety z dnia wcześniejszego co prawda jeszcze były ważne, ale obowiązywały tylko na metro, tramwaje i autobusy. Na kolejkę normalnie musielibyśmy zakupić osobny bilet.

Z Roma-Areeiro trzeba było dojechać do stacji Pragal po drugiej stronie rzeki. Tory kolejki poprowadzono dolnym poziomem Ponte 25 De April. To było ciekawe doświadczenie obserwować z tak wysoka nabrzeże, którym wędrowaliśmy dzień wcześniej. Gdybyśmy nie startowali w półmaratonie pewnie nigdy nie znaleźlibyśmy się tak blisko mostu, a w naszej pamięci zachowałby się jedynie jego obraz widziany z okolicy Pomnika Odkrywców, czyli daleki i nieco przymglony.

Tłum biegaczy znowu zaprowadził nas bezbłędnie na miejsce startu. Warto wejść na most z prawej strony, bo mniejszy tam tłok. Dalej trzeba kierować się oznaczeniami, bo część mostu zajmują startujący w „mini maratona”. Organizatorzy na most wpuszczają tylko uczestników biegów za okazaniem numeru startowego. Ważny z punktu widzenia startujących jest fakt, że nie wyznaczono stref czasowych, czyli jeśli ktoś ma ambicje pobiec szybciej, powinien przepchać się mocno do przodu, by zająć dobrą pozycję, a i tak nie uniknie lawirowania na starcie pomiędzy innymi biegaczami. Mój pierwszy kilometr był najwolniejszy z całego biegu: średnie tempo całego półmaratonu to 4:51, a na pierwszym kilometrze jedynie 5:08. Mam wrażenie że jednak w pomiarze czasu ten wolniejszy start był uwzględniony i ogólny czas zaliczono mi o kilkanaście sekund lepszy niż wskazał zegarek. Ostatecznie było to 1 godzina 42 minuty.

 

Fot. Meia Maratona



Organizatorzy nie przewidzieli możliwości zostawienia rzeczy w depozycie. Trudno byłoby obsłużyć taki tłum! Dlatego wypraktykowanym już na innych biegach sposobem zabraliśmy ze sobą gorsze bluzy, które bez żalu zostawiliśmy na poboczu. Tylko że gdy tak robiliśmy poprzednio, bluzy zawsze się odnajdywały w tym samym miejscu. Tym razem jednak meta biegu znajdowała się gdzie indziej – na Praca de Imperio w pobliżu klasztoru Hieronimitów.

Najfajniejszy był zbieg z mostu – prawie pięć kilometrów w dół. Potem nakrętka i bieg wzdłuż nabrzeża Avenida da India i Avenida Brasília. Przyznam szczerze, że trasa mijała szybko i niezauważenie. Baliśmy się wiatru znad wody, ale bardziej dokuczał nam upał. Przyjechaliśmy przecież z zimy niemal w lato – tego dnia było około 18 stopni. Na mecie oprócz bananów czekały więc na nas także zmrożone lody, które prawie natychmiast oddaliśmy naszym dzieciom, czekającym na mecie.

Niezłą zagwozdką logistyczną okazało się wydostanie z Belém. Najprościej byłoby wsiąść w kolejkę, tylko że nasze dzieci i Paulina, żona Marcina, który z nami biegł, musieliby kupić bilety (my mieliśmy tego dnia transport za darmo, a reszta bilety, które nie obowiązywały na kolejkę). Uznaliśmy, że wsiądziemy w pierwszy lepszy autobus i wysiądziemy przy najbliższej stacji metra, do której nas dowiezie. Tyle że trasa do centrum była zamknięta, a autobus wywiózł nas na północną obwodnicę, gdzie wszyscy wysiedli i skierowali się na stację... kolejki - jedyny dostępny tam transport. My też. Nie było wyjścia. Choć dzięki tej nieprzewidzianej wycieczce dojechaliśmy niespodziewanie pod potężny XVIII-wieczny akwedukt, który znałam wcześniej ze zdjęć i opisów. Nie sądziłam, że dane nam będzie go zobaczyć. Ot, taka turystyka maratonowa...

 

Águas Livres akwedukt w Lizbonie. Fot. Paulo Juntas / Wikipedia



Dalej też było ciekawie, bo się rozpadało i zrobiło zimno, a my w przepoconych ciuchach, w krótkim rękawku i krótkich spodenkach, okryci jedynie foliami otrzymanymi na mecie, pomyliliśmy pociągi i ponownie musieliśmy się przesiadać. Na szczęście mimo że nasze dzieci nie wyglądały na zawodników biegu, wszystkich nas przepuszczano bez sprawdzania biletów. Ostatecznie udało nam się wreszcie dotrzeć na naszą stację Martim Moniz, ale po wykąpaniu się i zjedzeniu czegoś na mieście (polecamy Mercado da Ribeira przy stacji metra Cais do Sodré po drodze do centrum z dzielnicy Belém, autobus 728, tramwaj 19) niewiele nam czasu zostało na zwiedzanie tych mniej płaskich niż Belém i zdecydowanie bardziej malowniczych dzielnic Lizbony (Zobacz....). I tego właśnie w turystyce maratonowej nie lubię – że bieganie i ogarnięcie się po zajmuje zdecydowanie zbyt dużo czasu w stosunku do turystycznego włóczenia się po mieście. A jeśli ktoś liczy, że podczas samego biegu zapozna się z największymi atrakcjami Lizbony, to jednak srodze się rozczaruje, bo trasa poprowadzona w płaskiej dzielnicy Belém zupełnie omija słynące z romantycznych knajpek z muzyką fado uliczki Alfamy i Mourarii, czy nieco bardziej uporządkowane, odbudowane po trzęsieniu ziemi przez Markiza de Pompal, dzielnice Baixa, Chiado i Bairro Alto. Ale jednak życiówki na tej szybkiej trasie można sobie nieźle podciągnąć :)


Na Lizbonę przeznaczyliśmy jedynie dwa i pół dnia, bo bardziej na północy kraju, niedaleko Porto czekało już na nas miejsce z furtką na ocean, gdzie mieliśmy spędzić większość czasu przeznaczonego na Portugalię...

 

(kg)

 
Autor: Kamila Gruszka

Jest dziennikarką, podróżniczką i pilotką wycieczek. Publikuje w prasie podróżniczej, o tematyce górskiej i rowerowej oraz serwisach internetowych. Prowadzi blog www.barswiat.pl, gdzie promuje aktywną turystykę rodzinną. Współpracuje z firmami z branży outdoor. Organizuje pokazy podróżnicze.
Odwiedziła już prawie wszystkie kraje w Europie, podróżowała po Azji, była w Ameryce Północnej i Afryce, ale niezmiennie fascynuje ją szeroko pojęty „Wschód”. Jako pilotka specjalizuje się w wyjazdach do Gruzji, Armenii i Iranu.


 O nas

"Bar Świat" to strona dla osób zainteresowanych wyjazdami różnorakimi, ale najczęściej związanymi z byciem blisko natury i aktywnym spędzaniem czasu. Lubimy rower, góry i nocowanie pod namiotem, ale nie tylko. Mamy nadzieję, że znajdą tu wiele inspiracji wszyscy, którzy czują, że świat jest ich domem, albo choć "barem", gdy dom zamykamy na klucz i ruszamy przed siebie.

 
Ostatnio dodane

Alpe Adria to według wielu najpiękniejszy szlak rowerowy w Europie. Nominalnie 411 km jazdy przez Alpy nad Adriatyk.

Dwudniowa wycieczka do Berlina jako odskocznia od obżarstwa świątecznego u rodziny? Bardzo dobry pomysł! Tylko 4 godziny drogi autostradą i meldujemy się w stolicy Niemiec.

Muranska Planina to nasze najnowsze odkrycie na Słowacji. Góry tutaj przypominają nieco polską Jurę z wapiennymi skałkami, tylko skala jest zdecydowanie większa!

Zamiast pędzić do przodu, ledwie rzucając okiem na kolejne atrakcje na trasie, można zatrzymać się na dłużej i wycisnąć, ile się da z miejsca, w którym się jest, przemierzając okolicę pieszo. Polecam takie rozwiązanie!

Blisko przyrody możemy poczuć się na wyspie Viðey, położonej zaledwie ok. 1 km na północ od Reykjaviku. Z przystani Skarfabakka płynie się tam promem dosłownie kilka minut

...
...
...
...