Ta data zbliżała się nieubłaganie: moje okrągłe – czterdzieste – urodziny. Jest to na pewno moment w życiu każdego człowieka, który skłania do refleksji. Większość świętuje tę rocznicę hucznie, inni wolą zasiąść z butelką alkoholu przed telewizorem i z myślą w głowie, że nie ma się z czego cieszyć. Dla mnie „czterdziestka” nie jest powodem do smutku, ale długo zastanawiałam się, co sprawiłoby mi największą radość. Chciałam, żeby to był dzień szczególny. Wybór padł na góry. Tak, wielogodzinna wędrówka z plecakiem z noclegiem w schronisku byłaby największym prezentem urodzinowym, jaki mogłabym sobie wymarzyć! I wtedy stał się cud: wcześniej zaplanowana impreza sylwestrowa w ostatnim momencie została przez znajomych odwołana i wyjazd w góry stał się bardzo realny. Tylko czy to możliwe, by w okresie sylwestrowo-noworocznym znaleźć wolne miejsce w schronisku? Pierwszy wykonany telefon do Markowych Szczawin 31 grudnia i... mamy wolny czteroosobowy pokój dla całej naszej rodziny z 1 na 2 stycznia. Hurra! Jedziemy na Babią!
Nie mogło się obyć bez wspomnień. Pierwszy raz pokonywaliśmy zielony szlak z Zawoi Markowej dwa dni przed Sylwestrem kilkanaście lat temu. Wtedy nie mieliśmy w planach nocowania w schronisku, zresztą jeszcze w dawnym, rozebranym w 2007 roku, budynku. O zmroku rozbiliśmy namiot przy podejściu pod przełęcz Brona (od schroniska szlak czerwony). Nasypało nam wtedy śniegu tak, że rano mieliśmy problem z wydostaniem się na zewnątrz. Nawet byliśmy bliscy odpuszczenia dalszej wędrówki. Ponad granicą lasu okazało się jednak, że cały śnieg jest wywiany i kolejne kroki stawialiśmy z przyjemnością. Dookoła świat spowijała mgła, ale fantazyjne formy wyrzeźbione w lodzie przez mocno wiejący wiatr były doskonale widoczne.
Relacja o tym wyjściu:
http://www.barswiat.pl/noc-pod-diablakiem,3249,i.html
Babia Góra była też jednym z pierwszych szczytów zaliczonych przez naszą Dominikę, wtedy kilkumiesięczną dziewczynkę, którą wnieśliśmy na górę w nosidle. Dotarliśmy tam z Przełęczy Krowiarki, skąd prowadzi chyba najłatwiejsze i najbardziej optymalne dojście dla turystów jednodniowych szlakiem czerwonym.
Krótkie wspomnienie z tamtego wejścia:
http://www.barswiat.pl/na-babia---,3311,i.html
Nocy sylwestrowej nie mamy czasu odespać. Kanapki, termos z herbatą – dopakowujemy ostatnie przydatne drobiazgi do wcześniej przygotowanego bagażu i ruszamy samochodem w trasę. Do Zawoi docieramy w niecałe dwie godziny. Szlak zielony startuje z parkingu niedaleko siedziby Babiogórskiego Parku Narodowego w przysiółku Markowa. Da się zauważyć zmiany. Wiele lat wstecz przyjechaliśmy tu nieogrzewanym autobusem i wysiedliśmy na placu, gdzie nie było nic. Obecnie na turystów czeka parking (bezpłatny przynajmniej w zimie), wiaty, czynny zapewne w sezonie sklepik z parkową kasą (bilety wstępu obowiązują do końca listopada) oraz Ogród Odkrywców, którego jednak nie mamy czasu eksplorować, bo musimy zdążyć dojść do schroniska przed zmrokiem. Teoretycznie powinniśmy dotrzeć do niego w 1,5 godziny. Na wycieczkę zabraliśmy jednak dzieci, a to wiele zmienia. Bo mimo że mają już tyle lat, że wędrują dość szybko (Dominika -10 lat, Jędrek - prawie 8 lat), to jednak ich zdolność do wynajdywania po drodze ciekawych obiektów do obserwacji, namacalnego dotknięcia, rzucenia kamieniem, postukania kijem i poskakania jest zadziwiająca. Udaje nam się dojść po ponad dwóch godzinach.
Wieczór spędzony przy stole w ogólnie dostępnej sali schroniskowej to jest to, co zawsze mi się dobrze kojarzy. Nie trzeba się nigdzie spieszyć, szczególnie zimą, gdy wieczory są długie. Można posiedzieć, poczytać, podumać, poobserwować innych ludzi gór naokoło. Pić w nieskończoność herbatę z termosu i podjadać smakołyki zabrane z domu. Na tym mogłabym zakończyć – bardzo już usatysfakcjonowana – moją imprezę urodzinową, ale przecież nasz plan był znacznie ambitniejszy: kolejnego dnia chcieliśmy dotrzeć na Diablak, szczyt Babiej. Do końca nie byliśmy pewni, czy nam się to uda. Informacje zasięgnięte u znajomych, którzy byli tu kilka dni wcześniej mówiły o sporym oblodzeniu szlaków, ale jednocześnie napawały optymizmem. Da się te niebezpieczne fragmenty ominąć - oni na Babią wbiegli i zbiegli w butach trailowych. Oczywiście problem w ogóle mógłby nie zaistnieć dla tych, którzy idą w góry w rakach. Tyle że nasze dzieci raków nie posiadają...
Podejście pod przełęcz Brona szlakiem czerwonym to w normalnych warunkach około 0,5 godziny. Ścieżka wyłożona jest kamiennymi płytami. Idzie się dość przyjemnie, mimo że miejscami teren pnie się mocno w górę. Niestety już tam dopadają nas lodowe zjeżdżalnie. Okazuje się jednak, że przy naszej niewielkiej pomocy dzieci świetnie sobie radzą – da się faktycznie oblodzone miejsca obejść. Wystarczy uważnie wypatrywać dostępnych możliwości. Ufamy naszemu doświadczeniu i podchodzimy dalej. Od przełęczy czeka nas jeszcze jeden dość problematyczny moment – tam dobrym patentem na przejście okazuje się zrobienie jednego dużego kroku wzwyż, jak na ściance wspinaczkowej, i w przypadku naszych dzieci przeczołganie się do pewniejszego gruntu.
Od kolejnej przełęczy robi się już przyjemnie i bajkowo: wypłaszcza się, lód znika, a my idziemy po niemal zupełnie pozbawionej śniegu kamiennej ścieżce z widokami na Tatry w oddali i szczyt Babiej w bezpośrednim naszym sąsiedztwie. Okazuje się, że to może najbardziej eksponowany, ale najłatwiejszy fragment wycieczki! Morze mgieł pod nami i słońce towarzyszące nam u góry – trafiliśmy na fantastyczną pogodę. Minusowej temperatury w ogóle się nie czuje, chyba że ściągniemy rękawice (termometr przy schronisku pokazywał -10 st. C).
Ten piękny dzień na wejście na szczyt Diablaka (najwyższa kulminacja Babiej Góry ma wysokość 1725 m n.p.m.) wybrało wiele osób – turyści schodzą się pod drewniany słup oznaczający wierzchołek od strony Krowiarek i ze Słowacji (przez Babią przebiega granica). Perć Akademicka zimą jest zamknięta (szlak żółty z Markowych Szczawin).
Na szczycie świętujemy! Laurka od dzieci i bilety na balet gruziński od męża to nie jedyne prezenty w tym dniu. Prawdziwym podarunkiem jest Babia Góra, na której szczyt dotarliśmy całą rodziną. I słowa Jędrka, który najbardziej sceptycznie podchodzi zazwyczaj do naszych górskich wędrówek: „To były najlepsze urodziny, na jakich do tej pory byłem”. Jemu trudne warunki sprawiły największą frajdę.
Wiedziałam, że prawdziwie cieszyć się z naszej wycieczki będę mogła, gdy już dotrzemy do schroniska. Często bowiem powrót może nastręczyć więcej problemów niż wędrówka pod górę. Znaliśmy już na szczęście problematyczne miejsca, a poza tym w dół dzieci wykorzystały nowy patent na pokonywanie trudnych fragmentów: zjeżdżanie na pupach. Całość wycieczki (od schroniska w górę i w dół) zajęła nam ponad 4 godziny (według oznaczeń szlaków w normalnych warunkach około 3), a czekało nas jeszcze zejście do samochodu – to kolejna godzina. Tym razem udaje nam się wyrobić nawet szybciej: szlak nie nastręcza już trudności, a nasze dzieciaki są już naprawdę zaprawionymi górołazami. To bardzo satysfakcjonujące uczucie, że można z nimi zrobić sobie taki ambitny prezent urodzinowy.
Oglądana z oddali Babia wygląda złowrogo. Góruje ponad innymi szczytami Beskidów i emanuje złą sławą trudnego celu. Dla nas już kolejny raz okazała się łaskawa. Warto jednak do wędrówki na Diablak zawczasu się przygotować.
Kilka wskazówek na zakończenie (być może dla niektórych oczywistych, ale zawsze warto je przypominać):
- Zimą w górach przydają się: kije trekkingowe, raki, a w ambitniejszych partiach czekan.
- Może to banał, ale pamiętajmy, że zimą dzień jest krótszy i około 16.00 zapada zmrok.
- Z kolei czasy dojścia są przeważnie dłuższe niż przy dobrych warunkach latem.
- Z dziećmi niemal zawsze wędruje się dłużej.
- Konieczne jest bardzo dobre zabezpieczenie termiczne, jeśli chodzi o odzież i buty.
- Warto ubrać się na cebulkę: przy podejściach może się okazać, że zrobi nam się wręcz gorąco i będziemy się rozbierać.
- Lepiej wziąć więcej warstw niż za mało.
- Ubranie powinno zawierać zewnętrzną ochronę przed wiatrem (zarówno w przypadku kurtki, jak i spodni). Przez wiatr odczucie zimna zawsze jest większe niż temperatura na termometrze.
- Najwięcej ciepła tracimy przez kończyny: konieczna jest ciepła czapka, rękawice, skarpety nawet podwójne!
- Zapasowe rękawice wskazane! (najłatwiej je zgubić).
- Buty trekkingowe z podeszwą o dobrej przyczepności to konieczność!
- Rozgrzewajmy palce u rąk i nóg poprzez ruszanie nimi.
- W plecaku zimą powinny się znaleźć: termos z ciepłym płynem i energetyczne przekąski (pamiętajmy, że batony i czekolada zamarzają przy niskich temperaturach).
- Z myślą o naszym bezpieczeństwie dołóżmy folię NRC i czołówkę z naładowaną baterią i zapasowym zestawem.
- Zabezpieczmy odkryte fragmenty skóry przez mrozem (twarz!) kremem – najlepiej sprawdzają się te nie zawierające wody w swym składzie.
- Telefon powinien być naładowany na 100 % (mróz szybko rozładowuje baterię).
- Przed wyjściem sprawdźmy pogodę.
- Zapytajmy w schronisku lub GOPR-ówce o panujące na szlaku warunki.
- Najlepiej, żeby zimą nie wychodzić na szlak samotnie. Jeśli nie ma innego wyjścia, poinformujcie innych, gdzie się wybieracie!
- Piwo wypijecie w schronisku, alkohol zimą tylko pozornie rozgrzewa!
Kamila Gruszka

Jest dziennikarką, podróżniczką i pilotką wycieczek. Publikuje w prasie podróżniczej, o tematyce górskiej i rowerowej oraz serwisach internetowych. Prowadzi blog www.barswiat.pl, gdzie promuje aktywną turystykę rodzinną. Współpracuje z firmami z branży outdoor. Organizuje pokazy podróżnicze.
Odwiedziła już prawie wszystkie kraje w Europie, podróżowała po Azji, była w Ameryce Północnej i Afryce, ale niezmiennie fascynuje ją szeroko pojęty „Wschód”. Jako pilotka specjalizuje się w wyjazdach do Gruzji, Armenii i Iranu.

"Bar Świat" to strona dla osób zainteresowanych wyjazdami różnorakimi, ale najczęściej związanymi z byciem blisko natury i aktywnym spędzaniem czasu. Lubimy rower, góry i nocowanie pod namiotem, ale nie tylko. Mamy nadzieję, że znajdą tu wiele inspiracji wszyscy, którzy czują, że świat jest ich domem, albo choć "barem", gdy dom zamykamy na klucz i ruszamy przed siebie.
Alpe Adria to według wielu najpiękniejszy szlak rowerowy w Europie. Nominalnie 411 km jazdy przez Alpy nad Adriatyk.
Dwudniowa wycieczka do Berlina jako odskocznia od obżarstwa świątecznego u rodziny? Bardzo dobry pomysł! Tylko 4 godziny drogi autostradą i meldujemy się w stolicy Niemiec.
Muranska Planina to nasze najnowsze odkrycie na Słowacji. Góry tutaj przypominają nieco polską Jurę z wapiennymi skałkami, tylko skala jest zdecydowanie większa!
Zamiast pędzić do przodu, ledwie rzucając okiem na kolejne atrakcje na trasie, można zatrzymać się na dłużej i wycisnąć, ile się da z miejsca, w którym się jest, przemierzając okolicę pieszo. Polecam takie rozwiązanie!
Blisko przyrody możemy poczuć się na wyspie Viðey, położonej zaledwie ok. 1 km na północ od Reykjaviku. Z przystani Skarfabakka płynie się tam promem dosłownie kilka minut
