Sapmi - dziennik podróży do północnej Szwecji

Sierpień 2012 roku – 7 tysięcy kilometrów w podróży po Finlandii.
Lato 2013 roku – 5 tysięcy w podróży po Norwegii (wtedy także przejechaliśmy przez Szwecję i wracaliśmy przez Danię).
Wakacje 2015 roku – 4,5 tysiąca kilometrów w Szwecji, głównie na północy.
Te fakty świadczą o tym, że Skandynawię lubimy i wracamy do niej, bo nadal nam nie dość. Co nas tam ciągnie? Trudno jednoznacznie odpowiedzieć na to pytanie, ale na pewno jest kilka czynników, które szczególnie lubimy: przyroda, piękne widoki, idealne warunki na biwakowanie pod namiotem, wędrówki szlakami, świetnie przygotowana infrastruktura pod turystów plecakowych, zniewalające światło, a przede wszystkim poczucie wolności. Nic dziwnego, że mimo iż pierwotnie w tym roku Skandynawię mieliśmy odpuścić, to jednak ponownie się tam pojawiliśmy. Tym razem naszym głównym celem była północ Szwecji, piękna krajobrazowo kraina Saamów.

Skuleskogen – tysiąc krajobrazów podczas jednej wędrówki

Do Skuleskogen trafiamy po drodze na północ, która jest naszym głównym celem. Był w zasięgu jednodniowego przejazdu samochodem z Nynashamn, do którego dobijamy rano promem, oraz kusił przepięknymi krajobrazami. Zatem po pierwszym dzikim noclegu na skoszonym polu przy wejściu na szlak nad wodospady Dalsjöfallet, zanim przemieścimy się dalej do Sapmi, bardziej znanej jako Laponia, ruszamy na 15-kilometrową pieszą wycieczkę. Mamy wrażenie, że jest to jeden z piękniejszych, a na pewno najbardziej różnorodny szlak, jaki przeszliśmy kiedykolwiek w Skandynawii. Nawet gdyby dalszy ciąg naszego 3-tygodniowego wyjazdu do Szwecji miałby z jakiegoś powodu nie nastąpić, myślę, że i tak czulibyśmy się usatysfakcjonowani tym jednym dniem w Skuleskogen.

Zaczynająca się przy parkingu ścieżka wprowadza nas w las, gdzie mamy dwie opcje do wyboru: szlak żółty lub niebieski. Pierwszym podążą duża szkolna wycieczka, a drugi schodzi nad Zatokę Botnicką. To był nasz – zdecydowanie lepszy niż pierwszy wariant – wybór. Przy wodzie zlokalizowane były plaże z miejscami noclegowymi. Nasze dzieci od razu siadły na piasku i zaczęły zabawę różnymi dostępnymi im w tym momencie elementami przyrody nieożywionej: patykami, kamieniami, liśćmi. Było leniwie i malowniczo.

Moglibyśmy siedzieć w tym miejscu wieczność i podziwiać zieleń lasów, błękit wody, biel chmur oraz jasność piasku na plaży, tyle że... przeszliśmy zaledwie 1 km, a większość trasy była przed nami. Wędrujemy więc dalej, mijając kolejne miejsce noclegowe zasiedlone przez rodzinkę z dziećmi - Näskebodarna, przy którym pożegnaliśmy się z wodą i weszliśmy głębiej w las. Zrobiło się cicho i bardziej tajemniczo. Dodatkowo nieświadomie odbiliśmy nieco ze szlaku w kierunku wzgórza z kamiennymi kurhanami – grobowcami z epoki brązu. To był najładniejszy odcinek lasu. Nie znaczy to, że w dalszej części nie było pięknie – było inaczej, bo teren naokoło zmieniał się jak w kalejdoskopie.

Wzdłuż skalnego muru i po grobli dotarliśmy na wyspę Tämättholmarna. To kolejne miejsce na rozbicie namiotów, nieco jednak mroczne, jak na nasz gust. Ciekawiej, choć początkowo dość przerażająco, było na trasie będącej w naszym mniemaniu skrótem. Nagle okazało się, że przed nami wyrósł wąwóz skalny, którego dno, pokryte kamieniami wznosiło się dość ostro w górę. Już zaczęliśmy żałować naszej decyzji ułatwienia sobie powrotu, gdy okazało się, że skakanie z kamienia na kamień to całkiem fajna zabawa, dzięki której w ogóle nie czuje się, że teren się wznosi.

Na górze czekała na nas nagroda – wspaniałe widoki, dla których przyjeżdżamy do Skandynawii. Wyszliśmy na wygładzone płyty skalne, z widoczną w dole Zatoką Botnicką i wyspami – kępami zieleni na błękicie wody.

Ten fragment to jedno z niewielu miejsc, gdzie Szwecja ma namiastkę fiordów – ląd potrafi się tu wznosić 300 metrów nad poziom morza. Kiedyś było inaczej - zanim teren zaczął się podnosić, gładkie kamieniste tarcze, po których obecnie stąpaliśmy, były oblewane przez wodę. Czujemy, że wędrujemy w górę, ale niedaleko – do jeziorka Tärnättvattnen. Kolejny typ krajobrazu, który wzbudza zachwyt. I pomyśleć, że można tu przyjechać, wynająć miejsce w domku i zwyczajnie posiedzieć w środku lasu. My wędrujemy dalej, bo nie jest to nasz główny cel wyjazdu do Szwecji. Szlak w Skuleskogen zaliczamy przecież tylko przy okazji, mimochodem.

Niedaleko jeziora powracamy na żółty szlak, porzucony na samym początku naszej wycieczki. Z niecierpliwością zaczynamy wypatrywać szczeliny Slåttdalsskrevan, którą znamy ze zdjęć, a która zdaje się być jedną z większych atrakcji tego rejonu. Zaczyna się niespodziewanie. Dzieci idą zagadane i dopiero w połowie wąwozu z wysokimi ścianami wykrzykują „O, rany!” Skały pną się w górę na wysokość 40 metrów, a odległość między nimi, pozwalająca na przejście, to zaledwie 5-7 metrów. Na końcu podchodzimy schodkami w górę i od razu wpisujemy się do pamiątkowej księgi, zaświadczając, że szczelinę pokonaliśmy.

Można teren eksplorować również od góry, nikt z nas nie ma jednak odwagi, by spojrzeć z tej strony, jak prezentują się wąskie ściany, ani sił, by dotrzeć do krawędzi z widokami na zatokę. To kilkunastominutowy dodatkowy spacer. Zmierzamy zatem do parkingu, ale to nie koniec atrakcji na naszej trasie. Napotykamy na kolejne zwężenie, na około 3-4 metry, choć ściany nie są już tak wysokie. Natomiast ponad naszymi głowami wisi ogromny głaz, pod którym trzeba przejść.

Od tego miejsca do parkingu mamy jeszcze 4 kilometry. Niewiele, ale jak już przeszło się ponad 10, to jednak zmęczenie daje się we znaki. Na szczęście drogę uprzyjemniają kładki, po których dzieciaki uwielbiają chodzić, prowadzące nas skrajem zalanej słońcem łąki oraz pośród pól kamieni. Zostały one tutaj przetoczone przez morze 8000 lat temu. Imponujące, bo brzeg obecnie od tego miejsca był bardzo daleko.

Wędrówkę rozpoczętą około godziny 11.00, kończymy ostatecznie po 17.00. To tylko kilka godzin marszu i pierwszy dzień wędrówki podczas wakacji, a mamy wrażenie jakbyśmy przejechali już całą Szwecję – poraziła nas różnorodność i piękno towarzyszących nam krajobrazów podczas tej wycieczki.

 

Jeśli chcecie zobaczyć zdjęcia, zapraszam tutaj:

http://www.barswiat.pl/skuleskogen---tysiac-krajobrazow-podczas-jednej-wedrowki,3531,i.html



Stora Sjofallet – wspomnienie po Niagarze północy

Utworzony w 1909 roku Park Narodowy Stora Sjöfallet zawdzięcza nazwę wodospadom, które przyciągały do tego miejsca turystów jeszcze przed 1919 rokiem, kiedy to przepływającą przez niego rzekę wyłączono z jego obszaru. Niestety, z „Niagary północy” pozostało zaledwie kilka strużek wody po wybudowaniu wtedy tamy dla elektrowni wodnej. Powstały zbiornik stanął na drodze wędrówek reniferów i innych zwierząt północy, a tama i słupy rozdzielni prądu szpecą nieco krajobraz. Mimo to Stora Sjöfallet wydaje się być jednym z bardziej odludnych parków z pierwotnym krajobrazem w przeważającej części, gdzie poczujemy wolność wędrówki przed siebie. Na pewno warto tu przybyć z zamiarem pokonania wielu kilometrów trasy z plecakiem. Szlaki Stora Sjöfallet oraz pobliskiego Parku Narodowego Sarek to umożliwiają. Na terenie tych parków można rozbijać się namiotem w dowolnym miejscu. Z dziećmi nie byliśmy tego roku jeszcze gotowi na wielodniowe wędrówki, natomiast bardzo chętnie skorzystaliśmy z możliwości przenocowania pod namiotem nad jeziorem Satihaure, do którego - przez tereny hodowców reniferów - prowadziła droga z Vietas. Byliśmy już na północy, 100 km za kołem polarnym i na terenie Saapmi, ojczyzny Saamów. Z pokorą przyjęliśmy niskie temperatury, panujące tam nawet latem, oraz zaakceptowaliśmy komary, które dokuczają także w dzień. Jedyną bronią jest ruch, bo nawet środki na komary to czasami za mało.

Ruszamy się więc – w pierwszej kolejności robiąc spacer do Naturum, budynku z jasnego drewna, genialnie wkomponowanego w otaczający krajobraz. Tego typu miejsca mają na celu pokazanie miejscowej historii i kultury, przybliżenie możliwości eksploracji terenu, można się tu zaopatrzyć w informatory, mapki, a także w brakujący sprzęt, przydatny na wędrówkach. Dla nas to zawsze ważne miejsce, gdzie mamy możliwość nabrania wody, czy skorzystania z toalety w cywilizowanych warunkach:) Podobnie jak w przypadku poprzednich tego typu miejsc także do tego lapońskiego naturum po jakimś czasie wracaliśmy już jak do siebie domu, ściągając zgodnie z miejscowym zwyczajem przed wejściem buty. Oglądanie ekspozycji Naturum dostarcza mnóstwa wrażeń i przemyśleń, szczególnie o Saamach, ludziach związanych z północą, ale też ciekawie było poznać historie ludności napływowej, czy opowieści Szwedów, którzy żyją tak blisko natury. Można by o tym pisać i pisać, a ponieważ chcemy się udać wreszcie na wędrówkę, odsyłam do bardzo ciekawej anglojęzycznej strony dotyczącej tego miejsca: http://laponia.nu/en/naturum-visitor-centre/.

Kolejny – drugi – dzień w Stora Sjöfallet zaczynamy od przeprawy promowej z Kebnats do Sáltoluokta, samskiej osady, przy której znajduje się górskie schronisko. Obok poprowadzono królewski szlak Kunsleden, przebiegający w całości w Laponii, liczący łącznie prawie 500 km. To jedna z bardziej popularnych w Szwecji tras wędrówkowych turystów górskich, nic dziwnego więc, że przy schronisku spotykamy ich prawdziwe tłumy. Dziwna jednak rzecz – wystarczy oddalić się odrobinę, przejść kilka metrów i już za chwilę wędrujemy całkowicie sami, w ciszy. Za to właśnie uwielbiamy Skandynawię – tu naprawdę można mieć poczucie całkowitego związku z naturą, takiego tylko naszego, indywidualnego. Plany mieliśmy ambitne, bo planując tu przyjazd, chcieliśmy wejść na szczyt Lulep Kierkau, górę, która wznosi się na wysokość 1139 m n.p.m. ostrymi zerwami ponad jeziorem Langas. To kilkanaście kilometrów marszu, który dorosłym zajmuje około 5 godzin w tę i z powrotem. Z dziećmi wędrowalibyśmy zdecydowanie dłużej. Okazało się, że godziny, w jakich funkcjonuje przeprawa promowa, zadania nie ułatwiają nawet dorosłym piechurom. W czasie gdy my tam byliśmy, pierwszy prom odchodził o 11.05, a ostatni - powrotny - o 15.55. Ostatecznie więc decydujemy się na spacer początkowo szlakiem Kunsleden, jedynym oznaczonym pomarańczowymi znaczkami, następnie odbijamy na ścieżkę, prowadząca nas prosto w górę. Uszliśmy może z 1,5 km, ale spoglądając w dół czuliśmy niesamowitą satysfakcję, jakbyśmy przewędrowali pół dnia. Dość szybko zdobyliśmy bowiem wysokość i ze zboczy gór ponad granicą lasu widzieliśmy jak na dłoni jezioro Langas, Lulep Kierkau ze ścieżką prowadzącą na niego oraz ośnieżone szczyty po drugiej stronie parku i daleko za wodą. Poczuliśmy się usatysfakcjonowani. Nie pozostało nam nic innego, jak rozłożyć na trawie zabrany specjalnie na tę okazję kocyk i usiąść w celu podziwiania tych przepięknych widoków i relaksu, który cenimy w drodze. W końcu wakacje są od tego, by wypoczywać.

Tego dnia w poszukiwaniu miejsca na zrobienie obiadu podjechaliśmy jeszcze do Ritsem, miejscowości, gdzie droga samochodowa w pewnym momencie się kończy i dalej można wędrować jedynie pieszo. Jedzie się tam wzdłuż zbiornika wodnego Akkajaure. Tuż pod koniec wyłania się nam łaskawie pod drugiej stronie wody Akka (2016 m n.p.m.), zwana Królową Laponii. Naprawdę jest imponująca. Obiad jemy na przystani w Ristem, na jednym z piękniejszych cypli, jakie widzieliśmy w Laponii, skąd również funkcjonuje transport wodny na drugą stronę.

Bardzo sobie cenimy wolność związaną z wyborem miejsca zarówno na nocleg, jak i na nasze posiłki. Ze szwedzkich barów i restauracji nie korzystamy, co więcej - omijamy też sklepy. Kiedyś kupiliśmy 1,5-litrową wodę za 15 złotych i to nam wystarczy. Tradycyjnie w naszych podróżach po Skandynawii zaopatrzenie wieziemy ze sobą. Codzienna owsianka na śniadanie i pulpety w słoikach, wcześniej przygotowane przez babcię, z ryżem lub makaronem na obiad nie nudzą się nam. Zresztą zabieramy sporo różnych smakołyków i mamy praktycznie nieograniczone możliwości gotowania na gazie. To wspaniały patent – tradycyjna butla gazowa nabijana na cały sezon za 30 zł zamiast małego kartusza z gazem. Ten ostatni kończy się po kilku dniach, a nasza butla starcza do następnych wakacji.

Wyjeżdżaliśmy z parku Stora Sjöfallet z poczuciem, że mimo nieodwracalnych zniszczeń poczynionych przez człowieka, jest to miejsce, gdzie można poczuć klimat prawdziwego życia na Północy. Obok siebie współistnieją tu turyści i hodowcy reniferów. Podobnie jak Saamowie, turyści po tym terenie mogą poruszać się swobodnie, nie będąc ograniczanymi przez przygotowanie dla nich miejsca biwakowe czy szlaki. Po to właśnie przyjeżdżamy do Skandynawii – po to poczucie wolności.

 

Jeśli chcecie zobaczyć zdjęcia, zapraszam tutaj::

http://www.barswiat.pl/stora-sjofallet---wspomnienie-po-niagarze-polnocy,3532,i.html



Abisko – puste szlaki w najbardziej popularnym parku Północy

W Abisko według niektórych kończy się, a według innych zaczyna „szlak królewski”, liczący prawie 500 km w północnej części. To najliczniej odwiedzany park narodowy w całej Szwecji! Zapewne statystyki nabijają turyści plecakowi wędrujący Kungsleden. Faktycznie spotyka się ich tam sporo, jednak reszta szlaków jest pusta. Wędrowaliśmy często po kilka godzin, nie spotykając nikogo lub zaledwie kilka pojedynczych osób.

Abisko nie jest dostępny dla zmotoryzowanych – samochód należy zostawić na parkingu, w pobliżu którego startują wszystkie szlaki. Nocowanie jest możliwe tylko w wyznaczonych do tego miejscach lub schroniskach. Po drugiej stronie drogi (w stosunku do wejścia na szlaki) świetnie funkcjonuje Abisko Tourist Station z hostelem i polem namiotowym oraz naturum, gdzie można zapoznać się z kulturą saamską oraz historią i przyrodą okolicy. Mimo że w pobliżu codziennie gotowaliśmy sobie obiad po powrocie z wycieczek, korzystając z drewnianych stołów i ławek, i chłonąc atmosferę schroniskową, naszym miejscem noclegowym był parking przy drodze nieco dalej na północ w kierunku Norwegii - nad jeziorem Torneträsk, największym jeziorem górskim Szwecji. Jezioro to zamarza w grudniu, a odmarza ponoć w połowie czerwca! Fantastyczne miejsce z fajnymi ludźmi, którzy tak jak my byli w drodze. Niektórzy zatrzymywali się na jedną noc, inni na kilka. Była toaleta, pokój z kominkiem, stoły, miejsca na ognisko. Za to właśnie uwielbiamy Skandynawię – za możliwość swobodnego przemieszczania, nocowania i korzystania z uroków przyrody... za darmo!

W naturum otrzymujemy mapki i opisy możliwych wycieczek. Ze względu na dzieci, a i też naszą wygodę planujemy jedynie jednodniowe szlaki, których jest w pobliżu duża obfitość – można planować tury od półgodzinnych, poprzez jedno- lub dwugodzinne aż po całodniowe.

Na szlak wyruszamy od razu. 300 metrów od parkingu trafiamy do... Hobbitonu – tak twierdzą dzieci. Przy szlaku usytuowano rekonstrukcję XIX-wiecznego osiedla Saamów, którzy w ślad za swoimi stadami reniferów przemierzali te góry o każdej porze roku. Ich domki o drewnianej konstrukcji kryto darnią. Przystawione drabiny to mam wrażenie współczesna atrakcja, która umożliwia wspinanie na nie. Każda budowla miała swoją funkcję. Spiżarnie stały na wysokich nogach, by uniemożliwić zwierzętom dostanie się do zapasów. Z naciągniętej na drewniany szkielet tkaniny powstawał namiot, który idealnie nadawał się na bardziej mobilne mieszkanie używane podczas przemieszczania się za zwierzętami. Ciekawe były wieszaki na futra czy worki z jedzeniem – po wizycie tutaj już wiemy, u kogo podpatrzyli prosty pomysł projektanci Ikei :)

Na rozruch wybieramy łatwą trasę wzdłuż kanionu Abiskojakka. Można wędrować po dobrze przygotowanym szlaku kładkowym (w początkowym odcinku przysposobionym nawet dla wózków inwalidzkich) od jednego mostka do drugiego – najlepiej wybierając szlak po jednej stronie rzeki na wędrówkę w jedną stroną i przechodząc po moście na powrót na drugą. Skalne ściany kanionu sprawiają mroczne wrażenie, ale są imponujące, podobnie jak nurt rzeki kipiącej w dole. Zastanawiamy się, czy to możliwe, by natura potrafiła wyrzeźbić otwór w skale, przez który w pewnym momencie wody rzeki przelewają się na drugą stronę. Otóż okazało się, że to jest jednak dzieło rąk ludzkich, a dokładniej robotników posiłkujących się dynamitem, którzy budowali linię kolejową prowadzącą ze Szwecji do norweskiego Narwiku. Przypatrując się tak dość długo temu miejscu, zauważamy wspinające się po skałach ciemne zwierzę. Wydra! - zawyrokowała Dominika, nasz naczelny przyrodnik na wycieczkach, co potwierdziły potem opisy przy szlaku. Co jakiś czas natrafiamy na tablice z umieszczonymi przy nich kolorowymi obręczami, które spełniają funkcje lunet, kierujących nasz wzrok w odpowiednią stronę, adekwatną do opisywanego zjawiska.
Po przejściu drugiego mostu kanion wypłaszcza się, a rzeka uspokaja. Można by w tym miejscu zawrócić, ale my mamy ochotę wędrować dalej aż do ujścia Abiskojakka do jeziora Torneträsk, gdzie rzeka rozlewa się, tworząc deltę pełną malowniczych wysepek. Od wiosny do końca lipca teren ten jest chroniony ze względu na okres lęgowy ptaków, które żyją tam w dużej obfitości. Tak naprawdę to właśnie tamten odcinek zrobił na nas większe wrażenie niż kanion. Całość wycieczki to zaledwie 4 km, a różnorodność krajobrazów i wrażeń obfita.

Następnego dnia wyruszamy już na ambitną pieszą wycieczkę, 12-kilometrową. Droga zadziwiająco szybko nam mija, dzieci mają energię i wędrujemy bez przystanków. Choć wydawało się nam, że teren raczej jest płaski, na szczycie Paduus (600 m n.p.m.) jesteśmy zaskoczeni rozległymi widokami, jakie się z niego roztaczają. Znajdujemy się ponad linią lasu, a towarzyszą nam jedynie rachityczne drzewka. Znajdujemy ukrytą wśród nich skrzyneczkę z zeszytem, do którego dzieci z ochotą się wpisują jako zdobywcy szczytu. To świetny dla nich motywator – w drodze powrotnej zaliczamy jeszcze dwa wzgórza i kolejne skrzyneczki.
Jak tłumaczono nam w naturum, Paduus to święte dla Saamów miejsce ze względu na formacje skalne na szczycie, które - jak wierzą - zamieszkane są przez duchy, często bywały to miejsca ofiarne. Mnie się podoba saamski sposób na smutek. Trzeba znaleźć swoją skałę i opowiedzieć jej o zmartwieniach. Kamień bowiem nie ocenia, nie skrzyczy, nie powie, że robisz źle, natomiast daje siłę i moc – chociażby z tego względu, że swoje problemy wyrzuciło się na zewnątrz, dzięki czemu od razu na sercu robi się lżej :) Nam tam na szczycie było naprawdę dobrze. To jedna z takich wycieczek, których wspomnienia przechowuje się długo, nawet do końca nie wiadomo dlaczego. Na szlaku spotkaliśmy jedynie bosą Szwedkę staruszkę, która szła się wykąpać nad jezioro oraz grupkę wycieczkowiczów na szczycie, którzy jednak – zanim zdążyliśmy zjeść kanapki – szybko zniknęli.

Być w Abisko i nie przejść chociaż kawałka szlaku Kungsleden? Nie mogliśmy tego punktu pominąć. Ruszamy więc przez okazałą bramę na oznaczony na pomarańczowo szlak królewski, który funkcjonuje już od ponad 100 lat! Celem jest pierwsze na trasie miejsce noclegowe – Tältplats, gdzie popołudniu schodzą się plecakowicze i rozbijają namioty. My mamy tam w planach piknik. Nie spieszymy się, bo to zaledwie 4,5 km od początku szlaku, który zresztą jest łatwy i szeroki. W początkowym odcinku mamy możliwość zobaczenia nieco jaśniejszego oblicza kanionu  Abiskojakka – bardziej słonecznego i... różowego, bo takie kolory mają skały po drugiej stronie drogi. To jedyny szlak, po którym nie wędrujemy sami. Mamy wrażenie jednak, że jedynie na szlaku Kungsleden skupia się ruch turystyczny, bo wystarczyło, że wybraliśmy w drodze powrotnej rozwidlenie na jezioro Njakajaure i znów mogliśmy cieszyć się przyrodą w ciszy i samotności

Ostatni dzień wędrówki w Abisko jest najdłuższy, najbardziej ambitny, dający w kość, wyczerpujący nawet dla nas, dorosłych. Do tego zmiana pogody. Słońce towarzyszące nam od początku wyjazdu postanowiło schować się za chmury, zrobiło się zimno, zaczął wiać wiatr, a nawet pojawił się śnieg (choć ten akurat leżał sobie w górach od zeszłego roku).
Tylko początek szlaku jest łagodny... Idziemy wzdłuż rzeki Rithunjira, a w zasadzie wodospadu, spadającego z samej góry. Czy kiedyś szlak poprowadził Was przez wodospad? Od początku drogi widzieliśmy go spadającego kaskadami z góry, aż w pewnym momencie musieliśmy przedostać się na jego drugą stronę, na szczęście w dość łagodnym miejscu.
Podczas wędrówki stromo w górę dołował nas mocno fakt, że do pewnej wysokości można było podjechać kolejką. Dopiero na górze poznaliśmy ceny – i tak byśmy się nie zdecydowali! Motywacja do dalszej wędrówki nam dzięki takiemu uświadomieniu mocno wzrosła. Zresztą ponad stacją kolejki oglądane krajobrazy wszystko wynagrodziły: pustkowie pięknie oświetlone przez słońce, które tutaj zdołało przedrzeć się przez chmury. Na górze Njulla skrzyneczka na wpis, ale brak zeszytu - zostawiamy więc nasz wpis na kartce. Njulla to szczyt o wysokości 1164 m n.p.m. Prowadził na nią najbardziej stromy szlak, jaki do tej pory zaliczyliśmy w Abisko. Łącznie tylko 10 km, ale to cały dzień mozolnej wędrówki i pięcia się pod górę. I co? I tam było najpiękniej!
Ludzie na szlaku? Jedna para w restauracji przy kolejce i dwie, które nas minęły, jak wędrowaliśmy pod górę. Do tego daleko przed nami tylko zarys sylwetki jednej osoby na przełęczy pomiędzy Njulla a Slattatjakka – najwyższym szczytem w okolicy (1186 m).

W Abisko spędziliśmy najwięcej dni, do Abisko Tourist Station i naturum wracaliśmy jak do siebie, a na parkingu nad jeziorem Torneträsk byliśmy rezydentami z najdłuższym stażem. Stamtąd wywieźliśmy najwięcej wspomnień. Na szlaki wyruszaliśmy z przekonaniem, że oprócz nas nikogo prawie nie spotkamy. Północna Szwecja to dla lubiących przyrodę i wędrówki prawdziwa bajka!

 

Jeśli chcecie zobaczyć zdjęcia, zapraszam tutaj:

http://www.barswiat.pl/abisko---puste-szlaki-w-najbardziej-popularnym-parku-polnocy,3535,i.html



Nasz skandynawski cel: kamień na granicy trzech krajów

Jakie kraje tradycyjnie nazywamy skandynawskimi? Większość wymieni: Szwecję, Norwegię i Finlandię. Tak się składa, że wszystkie je zjeździliśmy samochodem podczas wakacji: Finlandię w 2012 roku, Norwegię (i częściowo Szwecję) w 2013 roku. W tym roku postanowiliśmy bliżej zapoznać się ze szwedzką północą i gdy tylko dowiedzieliśmy się, że właśnie tam znajduje się na granicy trzech skandynawskich krajów kamień, do którego można dotrzeć tylko wędrując pieszo, zapragnęliśmy zobaczyć go na własne oczy. Pomyśleliśmy, że to będzie dobry akcent na koniec podróży po Szwecji, trzeciego w kolejności państwa Skandynawii, które odwiedziliśmy podczas wakacji.

Impulsem było zdjęcie. Wzrok przyciągały ośnieżone góry na horyzoncie, których odbicie było widoczne także w jeziorze. W wodę wcinała się kładka, po której wędrowało się do wielkiego betonowego okrągłego i niezbyt wysokiego żółtego słupa. Po drewnianym pomoście obchodziło się go naokoło. Jeśli by go obiec, to w kilka sekund moglibyśmy zwiedzić trzy kraje. To właśnie nasz cel!

Nieco się tylko martwiliśmy, że do tego punktu idzie się 11 km w jedną stronę. Jakoś to będzie – pomyśleliśmy i twardo z Abisko jechaliśmy na jeszcze dalszą Północ. Dobrze że nie zwątpiliśmy w Karesuando – granicznej miejscowości pomiędzy Szwecją i Finlandią. Stamtąd moglibyśmy zacząć odwrót na południe. Jednak nie, jedziemy dalej już po stronie fińskiej (stamtąd jest najbliżej do kamienia) do Kilpisjärvi aż przy granicy norweskiej. Tym samym domykamy naszą podróż po Finlandii sprzed kilku lat, bo ten odcinek drogi wtedy odpuściliśmy.

Robi się nieco mrocznie, mgliście, zimno i deszczowo. Coraz bardziej czarno widzimy wędrówkę, rozbijanie namiotu, przyrządzanie posiłku – prawie cały dzień nic sensownego nie jedliśmy. Centrum parku jest już zamknięte, a na kempingach i w hostelach w Kilpisjärvi nie ma miejsc. Co robić? Jedźcie dalej do granicy, tam jest baza turystyczna – doradza właściciel jednego z hoteli. Trafiamy bez problemu i od razu poprawia nam się humor. W dobrej (jak na Skandynawię) cenie bierzemy 4-osobowy pokój ze śniadaniem i możliwością wizyty w saunie (sauna fińska jest w cenie nawet dla tych, którzy nocują pod namiotem). Uprzejma pani z recepcji informuje nas, że do kamienia można podpłynąć łódką, która – tak się składa – odpływa z przystani po drugiej stronie drogi niedaleko hotelu. Nie macie Euro, tylko korony szwedzkie? Nie ma problemu! Opłatę za prom można uiścić także w koronach – uspokaja recepcjonistka. A nam się coraz bardziej uśmiechają buzie.

W Finlandii czuję się jak w domu. Z krajów skandynawskich chyba najbardziej ją lubię za porządek, dyskrecję, uprzejmość, spełnianie wszystkich pragnień turystów, zanim o nich jeszcze pomyślą, świetną infrastrukturę dla przyjezdnych, plecakowiczów, miejsca noclegowe, wytyczone szlaki, dobre jedzenie (nie zapomnę śniadania w formie bufetu!) - długo by wymieniać. Dość powiedzieć, że nasze dzieci także najmilej wspominają podróż po Finlandii i to chyba nie tylko ze względu na wizytę u świętego Mikołaja.

Ruszamy więc rano promem w rejs przez jezioro. Wysiadamy po drugiej stronie i nie ma łatwo, i tak do kamienia trzeba dojść i to w dość szybkim tempie. Tego dnia robimy najszybsze 6 km na wyjeździe. Mamy tylko 2 godziny, inaczej statek odpłynąłby bez nas (można ewentualnie wybrać opcję powrotu następnym kursem promu po południu – my o tym nie pomyśleliśmy, ale też nie mieliśmy już zbyt dużo czasu). Trasa świetnie oznaczona, wygodna, przepiękna. Na końcu tylko małe wątpliwości – który to jest właściwy kamień ze zdjęcia? W okolicy było kilka słupów granicznych z różnymi datami, do tego jeszcze jeden gładki kamol z napisami w którymś ze skandynawskich języków. Wreszcie jest ten najważniejszy – na wodzie, prawie pośrodku jeziora. Dochodzimy do niego kładką, obchodzimy, sprawdzamy - faktycznie z trzech stron widnieją różne nazwy krajów. A dookoła przepiękne krajobrazy jak na fotografii, która była dla nas inspiracją do wędrówki.

Pędzimy do promu, ale w drodze powrotnej czeka nas jeszcze jedna niespodzianka. Jesteśmy w Finlandii, więc wycieczka ta nie mogłaby się obyć bez spotkania z reniferami. W tym kraju właśnie spotykamy ich najwięcej!

Kamień na granicy trzech państw był najważniejszym akcentem naszego wyjazdu na północy, ale przecież dzieci miały także swój własny cel na południu. Jeszcze tego samego dnia zaczynamy więc odwrót w kierunku Wimmerby i Karlskrony.

 

Jeśli chcecie zobaczyć zdjęcia, zapraszam tutaj:

http://www.barswiat.pl/nasz-skandynawski-cel--kamien-na-granicy-trzech-krajow,3536,i.html



Południe Szwecji - w świecie Astrid Lindgren

Kilka ostatnich dni naszych wakacji spędziliśmy na południu Szwecji - zanurzyliśmy się całkowicie w świat Astrid Lindgren. Wszystko za sprawą miejsc, w których autorka żyła, tworzyła i upamiętniała w powieściach dla dzieci, a przede wszystkim dzięki Astrid Lindgrens Värld - parkowi rozrywki w stylu szwedzkim: bez rollercoasterów, za to z opowieściami z książek z minionego wieku.

Podróż w świat Astrid Lindgren najlepiej zacząć od Wimmerby. Jest to spokojne, urocze miasteczko, mniejsze nawet od Niepołomic, w którym obecnie mieszkamy. Niezwykłe, bo na jego rynku stoi statek piracki Pippi Langstrumpf i domki dzieci z Bullerbyn. Można także osobiście przywitać się z ulubioną pisarką. Nie przeszkadzajmy jej jednak zbytnio, bo zajęta jest pracą nad kolejną książką :) Wimmerby to miasto, w którym urodziła się pani Lindgren. Jej dom rodzinny w Näs (kiedyś obrzeża Wimmerby) oraz bogate archiwum udostępniane są dla zwiedzających. Dzieciaki jednak zdecydowanie bardziej zainteresuje park Astrid Lindgrens Värld (drogowskazów z tą właśnie nazwą wypatrujcie po wjeździe do miasta), w sezonie odwiedzane licznie przez fanów twórczości Astrid Lindgren świetnie bawiących się podczas przedstawień.

Warto przyjechać tu mając nieco pojęcie, o czym są jej książki, bo w różnych miejscach parku odbywają się bardzo efektowne widowiska, ale jedynie po szwedzku! Naszą ulubioną historią została „Ronja, córka zbójnika”, którą czytaliśmy na wyjeździe. Akurat u Ronji sam zamek i zbójnicy są tak ciekawi, że spodobają się każdemu, nawet nie znającym tej historii.

Ci, którzy wychowali się na „Dzieciach z Bullerbyn”, zapewne nie pomyślą nawet, że Astrid Lindgren pisała też smutne powieści. Specjalistką od „Braci Lwie Serce” jest u nas Dominika, która audiobooka pożyczonego na wyjazd, skończyła słuchać, zanim ruszyliśmy z domu. Dzięki temu mogła nam tłumaczyć akcję ze szwedzkiego na polski :) W przyszłym roku planowane jest oddanie do użytku nowej części parku poświęconej „Braciom Lwie Serce”, zapewnie podobnie ofektownej jak zamek Mattisa z „Ronji” (to także jedna z nowszych budowli). Obecnie scenografia ilustrująca historię i braciach Karolu i Jonatanie jest dość skromna.

W parku „Świat Astrid Lindgren” w Wimmerby ma się wrażenie, że Pippi Langstrumpf jest najważniejszą dla Szwedów bohaterką powieści pani Lindgren. Rudowłosa Pippi Pończoszanka mieszka sama w domu, jej towarzyszami są jedynie małpka i koń. Mama nie żyje, a tato-pirat pływa po morzach. Ma dwójkę przyjaciół: Annikę i Tommy'ego, bardzo grzecznych, zupełne przeciwieństwo anarchizującej Pippi, która do szkoły nie chodzi, a z domu wyrzuca policjantów. We wszystkich sklepach z pamiątkami znajdziemy akcesoria związane z Pippi, a małe dziewczynki chodzą po parku z rudymi perukami z warkoczami na głowach.  Myśleliśmy, że wszyscy znają Pippi Langstrumpf, ale okazało się podczas zwiedzania parku, że nasze dzieci jej nie kojarzą... Po powrocie mamy w planach nadrobienie zaległości :)

Oprócz Pippi, Ronji i Braci Lwie Serce spotkamy tu wiele więcej postaci. Kojarzyłam jeszcze doskonale z dzieciństwa Karlssona z dachu, ale tak naprawdę zaskoczyło nas to, ile książek Lindgren jest w Polsce zupełnie nieznanych. Bohaterów takich było mnóstwo...

Niewiele miejsca i działań poświęcono w Wimmerby „Dzieciom z Bullerbyn”, najbardziej znanej w Polsce powieści Astrid Lindgren. Nie ma jednak co rozpaczać, bo można odwiedzić prawdziwe Bullerbyn z zagrodami południową, północną i środkową! Wystarczy pojechać do Sevedstorp (w odległości kilkunastu kilometrów od Wimmerby), skąd pochodziła rodzina Astrid Lindgren i gdzie ona spędziła mnóstwo szczęśliwych chwil upamiętnionych potem w opowieściach o Lisie, Annie, Britcie, Lasse, Bosse i Olle. Największą atrakcją tego miejsca jest możliwość poskakania na sianie, jak robiły to dzieci z Bullerbyn i schowanie się w środku ogromnego drzewa. Nierzadko widzieliśmy tam dzieci Szwedów chodzące po terenie boso, a nasze po wyjściu ze stodoły były całe w sianie - nie ma to jak szczęśliwe dzieciństwo! Są i króliczki do karmienia i kury do popatrzenia, a na wzmocnienie możliwość zakupienia gofrów z owocami i bitą śmietaną.

Emiiiiiiillllll! Znacie tego bohatera? Między Wimmerby a Mariannelund jest miejsce, gdzie kręcono film o tym nieźle dokazującym chłopaku. Do Mariannelund jechał razem z rodzicami, jak włożył głowę do wazy. Witając się z lekarzem stuknął wazą o biurko, gdy grzecznie się kłaniał. Pieniądze trzeba było wydać i na lekarza, i na nową wazę. W zagrodzie Kathult goście są mile widziani. Znajduje się w rękach tej samej rodziny od ponad 100 lat! Nic dziwnego, że gospodarstwo stanowiło idealny plener na zdjęcia do filmu. Odnajdziemy na jego terenie maszt, do którego Emil

przywiązał swoją siostrę Idę oraz drewutnię, w której go zamykano za karę. Rzeźbił w niej drewniane figurki - oj, sporo ich tam, musiał bardzo często w drewutni bywać. Słynna scena z książki i filmu to ta, jak ucieka po desce, którą ustawił między oknem drewutni i drugiego budynku. Tę kładkę też można obejrzeć. Jest całkiem wysoko i bardzo wąska!

Miejsc związanych z twórczością Astrid Lindgren jest w okolicy znacznie więcej. My odwiedziliśmy tylko te najbardziej znane. Na więcej nie starczyło czasu, bo tak naprawdę te kilka dni na południu Szwecji było uwieńczeniem bardzo długiej podróży z naszymi dziećmi po północy Szwecji (o tym osobna relacja...). W każdym razie zawsze staramy się tak zaplanować wakacje, by zakończyć je z przytupem: dużą atrakcją dla dzieci, która jest dla nich celem motywującym do znoszenia pewnych niedogodności, które zdarzają się w drodze.

 

Jeśli chcecie zobaczyć zdjęcia, zapraszam tutaj:

http://www.barswiat.pl/w-swiecie-astrid-lindgren-,3512,i.html



Jak przetrwać w Skandynawii i tanio spędzić wakacje z całą rodziną – poradnik sprzętowy

Od ponad 20 lat jeździmy po świecie z namiotem i plecakiem, od 10 zawodowo związani jesteśmy z branżą sprzętu outdoorowego, od 9 wyjeżdżamy (najczęściej) na samochodowe rodzinne wakacje pod namiot, od 3 lat spędzamy je w Skandynawii – z biwakowaniem na dziko, myciem w jeziorze, gotowaniem własnego prowiantu, wędrowaniem po szlakach. Ponieważ pobyty w Skandynawii (w Finlandii - 2012, Norwegii i Danii – 2013, Szwecji - 2015), jak do tej pory były naszymi najlepszymi wakacjami spędzanymi z rodziną, chcielibyśmy do tego sposobu zachęcić jak największą ilość osób. Skandynawia nie musi być droga, jeśli odpowiednio się do wyjazdu przygotujemy. Zdajemy sobie sprawę, że nie wszyscy wiedzą, jak do tego się zabrać, stąd nasz tekst skupiający się na patentach sprzętowych ułatwiających komfortowe tanie podróżowanie, choć z elementami surwiwalu, czyli sztuki przetrwania kilku tygodni w lesie pod gołym niebem, a raczej namiotem :)

Najlepszym sposobem na podróżowanie po Skandynawii jest nocowanie pod namiotem lub przyczepa kempingowa. Tylko wtedy można korzystać w pełni z uroków przyrody i wolności, jaką daje „prawo dostępu” czyli możliwość korzystania z walorów natury bez ograniczeń i... bezpłatnie (pewne regulacje istnieją tylko w parkach narodowych, ale są one zdecydowanie mniej restrykcyjne niż w polskich obszarach chronionych). Można jeszcze ewentualnie myśleć o wynajęciu domku (szwedzkie „stuga”, norweskie „hytte”), ale wtedy musielibyśmy zdecydować się na bardziej stacjonarny i droższy wypoczynek. Jeśli chodzi o hotele, to raczej nie znajdziemy ich w wielkiej obfitości, a na pewno nie w parkach narodowych, czyli najpiękniejszych przyrodniczo miejscach – a trzeba pamiętać, że właśnie przyroda jest największym skarbem Skandynawii. Czyli wracamy do punktu wyjścia: aby być niezależnym i docenić to, co oferuje nam skandynawska północ, warto zaopatrzyć się w namiot i kilka innych przydatnych sprzętów. Przyczepy kempingowej ani kampera póki co nie posiadamy, chcielibyśmy się więc skupić na doradzeniu osobom, które nie mają zbyt dużego doświadczenia w nocowaniu pod namiotem na dziko i podróżowaniu niezależnym od dostępności zorganizowanych miejsc noclegowych po drodze, co warto zabrać ze sobą, by trzy tygodnie w Skandynawii wspominać wyłącznie pozytywnie, a nie jako koszmar. Założenie jest takie, że wszystkie sprzęty pakujemy do samochodu i nim się przemieszczamy. Plecakowicze muszą poszukać innych poradników.

Zobacz poradnik sprzętowy na rodzinne wakacje w Skandynawii pod namiotem tutaj:
http://www.barswiat.pl/jak-przetrwac-w-skandynawii-i-tanio-spedzic-wakacje-z-cala-rodzina---poradnik-sprzetowy,3538,i.html

Szwecja 2015 dzień po dniu:

13.08.2015 r.
O 18.00 wsiadamy na prom z Gdańska do Nynäshamn (Polferries).

14.08.2015 r.
Przejazd z Nynäshamn do Parku Narodowego Skuleskogen, nocleg przy wejściu na szlak w Dal.

15.08.2015 r.
15-kilometrowa wycieczka piesza w Parku Narodowego Skuleskogen, nocleg na dziko na kąpielisku przy jeziorze.

16.08.2015 r.
Jedziemy na północ, wjeżdżamy do Laponii i przekraczamy koło polarne k. Jokkmokk, nocleg na parkingu k. Porjus (ok. 100 km od parku Stora Sjöfallet).

17.08.2015 r.
Dojeżdżamy do Parku Narodowego Stora Sjöfallet, odwiedziny w Naturum w Vietas – centrum informacyjnym parku z wystawą, ekspozycją budownictwa Saamów i krótkimi szlakami edukacyjnymi, nocleg nad jeziorem Satihaure.

18.08.2015 r.
Przeprawa promowa z Kebnats do Sáltoluokta, stamtąd krótka wycieczka piesza na zbocza Lulep Kierkau i piknik na górze z widokami na jezioro Pietsaure, Langas i górę Lulep oraz inne ośnieżone szczyty Stora Sjöfallet. Popołudniowa wycieczka samochodowa do Ritsem, gdzie kończy się droga. W drodze towarzyszy nam Akka (2016 m n.p.m.), święta góra Saamów.

19.08.2015 r.
Poranne biegowe eksplorowanie okolicy (między innymi słynne wodospady, od których nazwę wziął park). Przejazd do Parku Narodowego Abisko, nocleg na parkingu nad jeziorem Torneträsk, który będzie naszym domem przez kilka kolejnych nocy.

20.08.2015 r.
Wycieczki w najbliższej okolicy naszego noclegu nad jeziorem Torneträsk (odkrywamy ścieżki i szlaki w lesie wzdłuż drogi asfaltowej). Wizyta w Naturum. Krótka wycieczka do skansenu budownictwa Saamów – Saami camp, a następnie wzdłuż kanionu rzeki Abiskojakka i dalej jej delty przy ujściu do jeziora Torneträsk.

21.08.2015 r.
6-godzinna wycieczka (ok. 12 km) na szczyt Paddus (600 m n.p.m.), w drodze powrotnej dwa kolejne wzniesienia z wpisywaniem się do księgi wejść.

22.08.2015 r.
9-kilometrowa łatwa wędrówka Kunsleden do pierwszego miejsca noclegowego na szlaku, następnie powrót odnoga szlaku koło jeziora Njakajaure.

23.08.2015 r.
Ambitna tura na szczyt Njulla (1164 m n.p.m.) wzdłuż rzeki i wodospadu Rithunjira niemal cały czas ostro pod górę.

24.08.2015 r.
Wyruszamy na północ. Przystanek w miejscowości Jukkasjarvi, słynącej z Lodowego Hotelu, zwiedzamy tam także skansen, jest również muzeum Saamów. Tego dnia wjeżdżamy do Finlandii i jedyny raz nocujemy pod dachem, a nie pod namiotem na dziko.

25.08.2015 r.
Wycieczka do kamienia na granicy trzech państw. Podpływamy statkiem, następnie szybkie 3 km w jedną stronę i 3 km w drugą, by łódź nam nie odpłynęła. Zaczynamy odwrót na południe.

26.08.2015 r.
Cały dzień w drodze. Nocleg w Skuleskogen, w znajomym miejscu na kąpielisku.

27.08.2015 r.
Powrót do cywilizacji. Zakupy w Lidlu i nocleg na polu namiotowym (okolice Jarne) :)

28.08.2015 r.
Docieramy do Wimmerby i zapoznajemy się z parkiem Astrid Lindgren.

29.08.2015 r.
Cały dzień w świecie Astrid Lindgren w Wimmerby.

30.08.2015 r.
Odwiedzamy inne miejsca związane z bohaterami książek Astrid Lindgren w okolicy: zagrodę Kathult z „Emila”, prawdziwe Bullerbyn oraz centrum miasta Wimmerby ze statkiem Pippi.

31.08.2015 r.
Droga do Karlskrony. Odwiedziny w Muzeum Morskim. Powrót promem do Polski.

1.09.2015 r.
Jeszcze jeden dzień wolny od szkoły na powrót z Gdyni do Niepołomic.

Noclegi – podsumowanie:

1 dzień: noc na promie na matach w sali z fotelami lotniczymi;
2 dzień: Skuleskogen, nocleg przy wejściu na szlak w Dal (koniec drogi, przy pensjonacie), nocleg w polu, na dziko;
3 dzień: Skuleskogen, nocleg na dziko na kąpielisku przy jeziorze k. Käxed (tuż przy zjeździe z E4, po prawej), toaleta, stół, ławki, przebieralnia, kran z wodą, nocleg bezpłatny;
4 dzień: nocleg na parkingu k. Porjus, już po zjeździe w stronę parku z drogi E45 (po lewej, ok. 100 km od parku Stora Sjöfallet), stoły, bez toalety, nocleg na dziko;
5 i 6 dzień: Stora Sjöfallet, nocleg nad jeziorem Satihaure, nocleg na dziko;
7, 8, 9, 10 i 11 dzień: nocleg na parkingu nad jeziorem Torneträsk, przy drodze E10, w miejscu zwanym Tornehamn (za parkiem Abisko w stronę granicy norweskiej po prawej stronie), pełna infrastruktura: toaleta typu sławojka, pomieszczenie dzienne, jezioro, w którym można się umyć, stoły, ławki, nocleg bezpłatny;
12 dzień: Kilpisjärvi, nocleg po fińskiej stronie granicy, tym razem w stacji turystycznej, pod dachem, w 4 -os. pokoju z możliwością skorzystania z sauny, ze śniadaniem w formie bufetu.
13 dzień: nocleg gdzieś w lesie, totalnie na dziko, w drodze na południe;
14 dzień: Skuleskogen, nocleg w znajomym miejscu na kąpielisku (patrz wyżej);
15 dzień: płatny nocleg na polu namiotowym Farstanäs Camping AB (www.farstanashf.se), okolice Järne;
16 dzień: nocleg na dziko na parkingu pod Wimmerby;
17 i 18 dzień: płatny nocleg na Spilhammars Camping k. Mariannelund, z kąpieliskiem, placem zabaw, w lesie (www.spilhammarscamping.com), niedaleko Wimmerby;
19 dzień: nocleg na promie w kabinie.
Czyli: 2 noce na promie, 13 na dziko, 3 noce na płatnych polach namiotowych, 1 nocleg pod dachem w schronisku.

Podsumowanie wydatków:

Prom
prom Gdańsk – Nynäshamn (k. Sztokholmu): 1351,48 zł (dodatkowo można wykupić kabinę, 4-os. to dodatkowe 600 zł);
prom Karlskrona – Gdynia: 940 zł (z kabiną dla całej rodziny);
stateczek w Stora Sjöfallet: 2x 150 SEK (dorośli) + 2x 60 SEK (dzieci) = 420 SEK;
łódka do kamienia na granicy 3 państw: 300 SEK.
Czyli: 2291,48 zł + 720 SEK (ok. 340 zł) = 2631,48 zł

Noclegi
nocleg ze śniadaniem (4-os. Pokój) w Finlandii: 114, 50 EUR;
Farstanäs Camping AB 210 SEK + prysznic 12 SEK (dodatkowo płatny na monetę) = 222 SEK;
kemping Spilhammars w Mariannelund (2 noce): 2x210 SEK + prysznic 10 SEK (dodatkowo płatny na monetę) = 430 SEK.
Czyli: 114, 50 EUR (ok. 500 zł) + 652 SEK (305 zł) = 1152 zł

Paliwo (1 l= 13 SEK, czyli ok. 6 zł):
400 SEK + 654 SEK + 550 SEK + 550 SEK + 650 SEK + 625 SEK + 200 SEK = 3629 SEK
Czyli: 1700 zł

Jedzenie
śniadanie na promie: 42 zł
przystanek po drodze przy wjeździe do Szwecji: 46 SEK
lizaki dla dzieci jako dodatek motywacyjny: 7 SEK
lody: 2x 20 SEK = 40 SEK
obiad w Finlandii: 2x 15 EUR (dorośli) + 2x 7,5 EUR (dzieci) = 45 EUR
kawa w Finlandii: 2 EUR
4 gofry w stodole w Bullerbyn + kawa: 95 SEK
zakupy w Lidlu: 70 SEK
zakupy w Netto: 38,30 SEK
Czyli: 42 zł + 296, 30 SEK (140 zł) + 47 EUR (205 zł) = 387 zł

Pamiątki i inne:
pocztówki 3x10 SEK = 30 SEK
znaczki 3x14 SEK = 42 SEK
czapka saamska 37, 40 EUR
gumki z Bullerbyn: 2x 5 SEK = 10 SEK
Czyli: 82 SEK (40 zł) + 37,40 EUR (160 zł) = 200 zł

Bilety wstępu:
parking w Wimmerby: 50 SEK (do parku Świat Astrid Lingren wchodzimy całą rodziną za darmo – wejście dla prasy :))
wstęp do Kathult (do Emila): 20 SEK (dobrowolny datek do puszki)
Czyli: 70 SEK = 33 zł

CAŁOŚĆ: ok. 6100 zł


Wyjazd miał miejsce w sierpniu 2015 roku.

Uczestnicy: mama Kamila, tata Darek, dzieci: Dominika, lat 10 i Jędrek, lat 7.

 
Autor: Kamila Gruszka

Jest dziennikarką, podróżniczką i pilotką wycieczek. Publikuje w prasie podróżniczej, o tematyce górskiej i rowerowej oraz serwisach internetowych. Prowadzi blog www.barswiat.pl, gdzie promuje aktywną turystykę rodzinną. Współpracuje z firmami z branży outdoor. Organizuje pokazy podróżnicze.
Odwiedziła już prawie wszystkie kraje w Europie, podróżowała po Azji, była w Ameryce Północnej i Afryce, ale niezmiennie fascynuje ją szeroko pojęty „Wschód”. Jako pilotka specjalizuje się w wyjazdach do Gruzji, Armenii i Iranu.


 O nas

"Bar Świat" to strona dla osób zainteresowanych wyjazdami różnorakimi, ale najczęściej związanymi z byciem blisko natury i aktywnym spędzaniem czasu. Lubimy rower, góry i nocowanie pod namiotem, ale nie tylko. Mamy nadzieję, że znajdą tu wiele inspiracji wszyscy, którzy czują, że świat jest ich domem, albo choć "barem", gdy dom zamykamy na klucz i ruszamy przed siebie.

 
Ostatnio dodane

Alpe Adria to według wielu najpiękniejszy szlak rowerowy w Europie. Nominalnie 411 km jazdy przez Alpy nad Adriatyk.

Dwudniowa wycieczka do Berlina jako odskocznia od obżarstwa świątecznego u rodziny? Bardzo dobry pomysł! Tylko 4 godziny drogi autostradą i meldujemy się w stolicy Niemiec.

Muranska Planina to nasze najnowsze odkrycie na Słowacji. Góry tutaj przypominają nieco polską Jurę z wapiennymi skałkami, tylko skala jest zdecydowanie większa!

Zamiast pędzić do przodu, ledwie rzucając okiem na kolejne atrakcje na trasie, można zatrzymać się na dłużej i wycisnąć, ile się da z miejsca, w którym się jest, przemierzając okolicę pieszo. Polecam takie rozwiązanie!

Blisko przyrody możemy poczuć się na wyspie Viðey, położonej zaledwie ok. 1 km na północ od Reykjaviku. Z przystani Skarfabakka płynie się tam promem dosłownie kilka minut

...
...
...
...